| < Marzec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31    
Zakładki:
.
książka życzeń i zażaleń u kerownika zakładu
1. Emigranci
2. W kraju nad Wisłą
3. Poszli sobie
4. Poza konkusem
5. Nowojorskie instytucje
6. Dla oka
7. Dla ucha











Share on Facebook

Instagram
wtorek, 02 grudnia 2008
Odgrzewane kotlety, 9:Uptown
Dla niektórych ten kawałek miasta, powyżej 42. Ulicy po obydwu stronach parku, to esencja Manhattanu—wiadomo, Time Square, Grand Central, Rockefeller Center i inne turystyczne atrakcje. A ja nic nie poradzę, nie lubię. Każda wycieczka powyżej 34. Ulicy to raczej przykra konieczność—zwłaszcza w weekendy, kiedy ilość ludzi na ulicach każe myśleć o godzinach szczytu w Tokio.
piątek, 03 października 2008
Odgrzewane kotlety, 8: Małe kina
Gałczyński miał rację: nie ma jak małe kina, w rozterce i w udręce.
czwartek, 17 lipca 2008
Odgrzewane kotlety, 7: Sombunall
Jeden z moich ulubionych Amerykanów, nieodżałowanej pamięci pisarz Robert Anton Wilson w którejś ze swoich książek boleje nad faktem, że przy całej elastyczności żywego języka, przy jego niesamowitej umiejętności znajdywania określeń dla nowych zjawisk, uczuć, przedmiotów - brak jest w języku angielskim (jak i w każdym innym, którego choćby podstawową znajomość kiedykolwiek posiadłam) słowa oznaczającego "niektórzy, ale nie wszyscy". Poradziliśmy sobie jako ludzkość z określeniami dla technologii, o jakich nie śniło się naszym pradziadkom; dla zjawisk, które jeszcze sto, dwieście lat temu kwalifikowano jako czarną magię. Jednak jakoś bez względu na zdumiewające osiągnięcia cywilizacyjne, ciągle tkwimy w niezmiennym nawyku wrzucania wszystkich bliźnich, zależacych do dającego się łatwo zdefiniować podzbioru, do jednego wora. R.A. Wilson wymyślił słowo "sombunall", hipotetyczny przymiotnik, którego upowszechnienie wpłynęłoby zapewne znakomicie na stosunki ludzko-ludzkie, przynajmniej w obszarze języka angielskiego. I co? I nic. Przymiotnik jakoś się nie przyjął.
środa, 18 czerwca 2008
Odgrzewane kotlety, 6: Radio Wolny Njujork
Odgrzewam ten fragment, bo właśnie wczoraj wydazryły się dwie rzeczy ważne dla mojej ukochanej stacji - Brian Lehrer został wyróżniony prestiżową nagrodą Peabody, a rozgłośnia po wielu latach urzędowania w Municipal Building zasiedliła nową siedzibę przy Varick Street. Gratulacje!
wtorek, 12 lutego 2008
Odgrzewane kotlety, 5: Eileen, czyli o nadprodukcji sztuki
Eileen (lat 53, długie białe włosy, płonące czarne oczy, figura 25-latki) poznaliśmy, jak to bywa, przypadkiem. Przyuważyła mnie w gymie, kiedy obijałam się bez cienia wstydu: na kolanach - otwarty ostatni numer Film Comment; na maszynie - dwa śmiechu warte ciężarki o łącznej masie 20 funtów. - Tylko tyle podniesiesz? Eee, bez żartów. Na pewno możesz więcej - rzuciła z przekąsem. A kiedy, zmobilizowana jej uwagą, dorzuciłam więcej obciążenia i zaczęłam wreszcie ćwiczyć, Eileen przekartkowała mój magazyn i zapytała: - Fajny ten artykuł o Hitchcocku? Sapiąc jak parowóz, wygłosiłam kilka zdań na temat wspomnianej publikacji. Zamierzałam podtrzymać konwersację, choćbym miała to okupić zadyszką i zakwasami: w końcu nie codzień zdarza się w dzisiejszej ciemnej epoce spotkać kogoś poważnie traktującego ideał kalokagathii.
czwartek, 07 grudnia 2006
Odgrzewane kotlety, 3 - Plaga niedźwiedzi rurowych

Już mieliśmy zasypiać, już ucałowałam R. na dobranoc w jego śliczne czółko, już złożyłam umęczoną głowę na poduszce, aż tu nagle....

TRUMTUTUMRTUTUMTURUMTUPTUPŁUPJEBUT!!!!

Ten odgłos, dochodzący od strony biegnącej tuż obok moje głowy rury centralnego ogrzewania, nie pozostawiał żadnych wątpliwości: mamy w domu plagę. Plagę niedźwiedzi rurowych.

Już tłumaczę. Niedźwiedź rurowy (Ursus ruralis) jest pospolitym zwierzęciem, występującym najczęściej w budownictwie wielorodzinnym. Gatunek ten został odkryty i opisany po raz pierwszy przez Julio Cortazara w jego wiekopomnej publikacji Opowieści o kronopiach i famach (1969), do której pozwalam sobie odesłać spragnionych szczegółów. Dla tej opowieści istotne jest jedynie, że niedźwiedzie rurowe odpowiedzialne są za wszelkiego rodzaju niewyjaśnione hałasy, które dobiegają z rur kanalizacyjnych i grzewczych w budynkach mieszkalnych.

W nocy z poniedziałku na wtorek nie zmrużyliśmy oka. Nazajutrz zadzwoniłam do administracji z awanturą, ale ani moje błagania, ani groźne pokrzykiwania nie przyniosły żadnych skutków. Może restrykcyjna polityka względem zwierząt domowych sprawia, iż większość właścicieli dochodzi do wniosku, że lokatorów uszczęśliwi fakt posiadania własnego niedźwiedzia rurowego - a może niedźwiedzie rurowe są pod ochroną? Na wszelki wypadek kupiłam paczkę zatyczek do uszu. Nie będzie niedźwiedź pluł mi w twarz. Ani tupał nad uchem!

Niedźwiedzie są jednymi z mniej uciążliwych plag, jakich doświadczyć można, mieszkając w Nowym Jorku. Dużo gorsze są karaluchy: nie dość, że rosną OGROMNE - czasem wielkości małej myszy (wszystko w tej Ameryce jest większe!) - to jeszcze latają. Obrzydlistwo. R., który ma cudownie wrażliwe serduszko, odmówił zabijania tych dorodnych okazów, które przywędrowały do nas ostatniego lata - postanowił wypłoszyć robactwo własną, innowacyjną i w stu procentach ekologiczną metodą: zaczął puszczać robalom norweski black metal.
Chyba pomogło, bo od tamtej pory karaluchów nie widuję.

Z plag mamy w Mieście również szczury, i turystów. Jak wygląda turysta i dlaczego jest uciążliwy - wie każdy, więc skupię się na szczurach. Podobno szczurów jest w tej chwili w Mieście cztery razy więcej niż ludzi. Niektórzy twierdzą, że prawdziwego New Yorkera poznaje się po tym, że uważa, iż szczury w sumie to bardzo ładne zwierzątka... Hmm, ja bym się załapywała: mam szacunek do bydlaków od czasu, jak przyuważyłam, jak w pewien zabiegany poranek jeden taki futrzak zasuwał w górę schodami ze stacji metra na Lexington Avenue i 59th Street. Było coś w jego niezrażonym, metodycznym pośpiechu, co wskazywało, że zwierzak po prostu spieszy się do pracy - jak wszyscy my, bez tchu biegnący schodami w górę.

Siedząc pewnego letniego wieczora w parku na Union Square przyuważyłam, że szczury i wiewiórki skupiają się w tych samych miejscach. Amerykańskie wiewiórki są szare - i do tego stopnia podobne z pyszczków do szczurów, że zaczynam podejrzewać, że szczury, cwane stworzenia, na dzień przypinają sobie puchate ogony, żeby nie musieć oganiać się od ludzi i łatwiej załapywać na darmowy obiad. Kurczę, kto wie, może te bydlaczki są naprawdę bardziej inteligentne, niż nam się wydaje. Jeśli po następnej wojnie światowej, jaką (znając dość dobrze mój własny, wredny gatunek i jego nieuleczalną głupotę) prędzej czy później urządzimy, mają zostać tylko karaluchy i szczury - jest nadzieja, że kiedy radioaktywny obłok przerzedzi się trochę, szczurze zespoły wokalno-taneczne odrodzą broadwayowski musical.
Podejrzewam jednak, że wtedy Cats przestanie być największym hitem na Broadwayu.

piątek, 17 listopada 2006
Odgrzewane kotlety, 2 - California Dreamin'

Tym razem dla Malkontentki i biskupa Berkeleya, i z powodu szarosci za oknem, i dlatego, że zbliza sie Święto Dziękczynienia, z powodu którego wielu z nas tu, w Stanach, będzie miało powód, by odwiedzić jakieś lotnisko...

***

To prawda: to Miasto wciąga i trzyma w miejscu, jak bagno. Mimo pozoru nieustannego ruchu zakotwicza w jednym punkcie, na małej powierzchni Ale jak się przed tym bronić, skoro każdy wyjazd stąd jest jak wyjście z sali kinowej w najbardziej pasjonującym momencie filmu? Wyjeżdżając-wychodząc ma się tę potworną, dręczącą świadomość straty, nieuchronnego i niepowstrzymanego upływu chwil, które – raz utracone – są już nie do odzyskania. W miejscu, w którym nic nie trwa, wszystko zmienia się nieustannie i niepostrzeżenie, nie ma usprawiedliwionych nieobecności. Nic więc dziwnego, że nie lubię wyjeżdżać, jakkolwiek egzotyczny i obiecujący byłby prospekt miejsca przeznaczenia; a jednak mimo boleści rozstania z moja przybraną mała ojczyzną - bardzo, bardzo lubię lotnisko JFK.

Ludzie na lotniskach są tacy odmienieni: zwłaszcza ci z dużymi walizkami: podróżni, na twarzach których wypisano Wielką Zmianę. Ci przenoszą się najpewniej z jednego miejsca w inne, rozpoczynają nowy rozdział w życiu. Są niepewni i zdenerwowani, dziesięć razy sprawdzają paszporty i bilety. To na nich najczęściej polują zawodowi nawracacze i kieszonkowcy – ci, którzy pragną ukraść im portfel lub dusze, niecnie wykorzystać przedziwny stan umysłu, jaki zwykle towarzyszy dalekiej podróży. Zaprawdę, tylko ci, co odbyli naprawdę dalekie wojaże, wiążące się z perspektywą nazwania kiedyś domem nowego, dziś całkiem obcego i nieznanego miejsca, wiedzą, na czym polega mistyka podróży. Oni właśnie rozumieją najlepiej, że nie dystans nawet jest ważny, ale metafora - rytuał przejścia i zmiany. To dla nich i o nich pisał Celine: Bardzo przyjemnie jest podróżować, to wprawia w ruch wyobraźnię. Reszta to tylko rozczarowanie i mordęga.

O tym myślę, kiedy wielka, czarna limuzyna Lincoln Towncar, którą przysłała nam firma taksówkowa, wślizguje się z niespodziewaną lekkością na wiadukt, prowadzący do terminali lotniska. Ich wielkość i ogrom odległości, jaka je dzieli, każe medytować nad naturą przeznaczenia. Co by się stało, jeśli ten gentleman, spieszący z niewielką walizką na terminal United Airlines z zamiarem zabrania się z najbliższym lotem do Atlanty, wpadłby jakimś cudem na z dawna przeznaczoną mu przez los drobna kobietę w słomkowym kapeluszu, którą właśnie odbiera swój plecak z karuzeli nr 4 na sąsiednim terminalu, na który – po udanej przeprawie z urzędnikami imigracyjnymi – wypluł ją samolot Alitalia, przybywający po wielogodzinnej podróży z Palermo? Co by było, gdyby ta osóbka - której szerokie ramiona widzę tuż przede mną, idąc w kierunku naszej bramki – gdyby więc ta młoda osoba, gadająca przez komórkę do ostatniej chwili przed wkroczeniem na pokład samolotu linii JetBlue do Miami, skrzyżowała na moment spojrzenia z latynoskiej urody urzędnikiem służb ochrony lotniska, powoli i cierpliwie – choć bez wyraźnych sukcesów - tłumaczącym jakiejś najwyraźniej nie rozumiejącej słowa po angielsku kobiecinie, że aby pomyślnie przejść odprawę, musi zdjąć buty i położyć je na taśmie transportera? Co mogłoby wyniknąc z nagłych, przypadkowych spotkań ludzi, wprawionych w niezwykły nastrój przez lotniskowy trans podróży? Na lotniskach wszystko jest możliwe. Zwłaszcza na takich wielkich, onieśmielających lotniskach jak JFK, gdzie nawet jak na nowojorskie warunki panuje nerwowość i pośpiech. Tu także widuję się ludzi, jakich nie spotka się później na ulicach – dziwnych, niezwykle masywnych i krągłych, bladych ludzi, mówiących z akcentem stanów Środkowego Zachodu. Jak to się dzieje, że praktycznie nikt z tych mężczyzn i kobiet, tłoczących się przy bufetach z kanapkami, w toaletach, przy karuzelach i stanowiskach odprawy nie dotknie nigdy stopa bruku Broadwayu – pozostaje jedną z niezbadanych tajemnic tego dziwacznego miejsca, rządzącego się własnymi, niepojętymi prawami.

Dla nas tymczasem zaczyna się najbardziej emocjonujący etap tego dnia. Odprawa zakończona, z głośników płynie kojąca muzyka (Sting śpiewa o tym, że z każdym oddechem, i tak dalej) - i teraz nic już nie stoi między mną a przeznaczonym mi na najbliższe sześć godzin miejscem, tuż przy końcu kadłuba Airbusa A320, który ma zanieść R. i mnie do miejsca przeznaczenia. Zapadam w fotel i czekam cierpliwie, aż ta rozpędzona masa żelastwa osiągnie pułap dość wysoki, by z tej wysokości spojrzeć jeszcze raz na błękitniejący w dole daleki zarys Manhattanu, małe domki i plaże Rockaway, wreszcie – błękitne wody otwartego oceanu. Zamykam oczy i zanim wiem, co się dzieje – zasypiam.

A potem śnię. Śnię przez całe sześć dni: śni mi się białe miasto na wzgórzach, do którego prowadzi sieć szerokich, zalanych słońcem dróg. Śni mi się czerwony jak toskańska dachówka most, a raczej duch mostu: wyłaniający się jak zjawa z mgieł nad Zatoką – przecudny, majestatyczny Golden Gate Bridge, każdy krok po którym jest jak wspinaczka po schodach do nieba. Śnię o kolibrach, spijających nektar z kwiatów o nieznanych imionach, porastających klomby ogrodu botanicznego. Śnią mi się piękne, stylizowane na hiszpański styl kolonialny domy Presidio, wpatrzone w wody Zatoki, porozsypywane na wzgórzu jak białe kostki z szlachetnego kamienia. I lwy morskie, porykujące dobrotliwie na pomostach przy Fisherman’s Wharf. I ogromne, pierzaste palmy wzdłuż Embarcadero, szumiące kojąco uwięzionym w ulicznym korku kierowcom. I ogromna tęczowa flaga nad Castro, wieszcząca wszem i wobec niepodległe królestwo bez żadnych granic. Śnię o zapachu wielkich drzew eukaliptusowych, szumiących w parku ponad aleją, przy które stoi Pięć Malowanych Dam. O białych marmurowych budynkach Berkeley, gdzie czas biegnie zupełnie, zupełnie inaczej. O grafitti na ścianach Height Ashbury i o koronkowych, wiktoriańskich fasadach domów North Beach. O sterczącej bezczelnie w górę jak biały obelisk wieża na szczycie Telegraph Hill. O dwujęzycznych tablicach z nazwami ulic w Chinatown, które codzień wygląda tak, jak nowojorskie w chiński Nowy Rok. Śnię o szumie fal Pacyfiku i szeleście krzewów winorośli na stokach Napa Valley, gdzie życie - płynące wśród willi w toskańskim stylu – wydaje się słodkie i krągłe jak gęsty, miodowy Riesling na dnie kieliszka, który trzymam w dłoni. Wszystko takie bliskie, pełne zdumiewających szczegółów, dotykalne, a jednak nierealne, aż chciałoby się uszczypnąć się i sprawdzić, czy to aby prawda. California dreamin’.

Kiedy otworzyłam oczy - była środa, późny wieczór, a z mroku w dole, spod gęstych, niskich chmur mrugało do mnie znowu moje Miasto. Kapitan informował o zbliżającym się lądowaniu na urytym w szarych chmurach JFK. A kiedy zamrugał do mnie biało z dołu malutki, ledwie widoczny w oddali Chrysler Building, pomyślałam, że nie żal mi tego snu, choć był taki piękny. Kanciaste i nerwowe, targane szaleńczym pośpiechem, nawet okrutne czasem – moje Miasto nie jest snem, jest prawdziwe. Czasem ciśnie jak kamyk w bucie – ale wiem, że naprawdę jest.