| < Czerwiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Zakładki:
.
książka życzeń i zażaleń u kerownika zakładu
1. Emigranci
2. W kraju nad Wisłą
3. Poszli sobie
4. Poza konkusem
5. Nowojorskie instytucje
6. Dla oka
7. Dla ucha











Share on Facebook

Instagram
piątek, 01 grudnia 2006
And A Prayer
Tym razem nie moje: tylko przetumaczyłam. Autorem jest Tony Kushner, ten od Angels in America; fragment pochodzi z tomu Thinking About the Longstanding Problems of Virtue and Happiness: Essays, A Play, Two Poems and A Prayer (1995).

*

Umiłowani: Módlmy się.

Boże,

Przydałoby się lekarstwo. Wyzwól zakażonych tym nieuleczalnym, nieposkromionym mordercą od jego śmiercionośnej obecności. Poskładaj potrzaskanych. Przywróć do zdrowia tych, których ciała, oblężone, zdradziły ich; których systemy obronne pozwoliły wtargnąć chorobie, zadomowionej dotąd jedynie w ciałach krów, świń i ptaków. Zawróć tego pasożyta ku bydłu, świniom i ptakom - tego najeźdźcę płuc, oślepiacza, pożeracza mózgów, rozklejacza rogówek Oczyść nawet bydło i ptaki z tej zgrozy; ulecz cały świat. Teraz. Już. Już. Już.

Daj nam finał, który nie jest śmiercią. Ochroń użytkownika strzykawek, dziecko z AIDS - i tego, kto żyje z seksu za pieniądze; i kobietę, której kochanek jest nosicielem, i geja, który ma kochanka-nosiciela. Ochroń zakażonych kochanków, ochroń przygodny kontakt, szybki numer, łatwy podryw; ochraniaj głupców, co nie potrafią ochronić się sami, i co nie dbają o ochronę innych: TY ich ochroń. I tych zdezorientowanych i niedoinformowanych, i tych, co ambiwalentnie podchodzą do życia. Pokaż im życie, nie śmierć, tym dzieciakom, którym się wydaje, że nieśmiertelność jest częścią duchowego oszołomienia, jaki daje seks. Kto w to kiedyś nie wierzył, po raz pierwszy odkrywając seks dla siebie? Chyba każdy. Chroń więc każdego z tych dzieciaków, niech się nauczą w inny sposób, niech posiądą tę wiedzę i żyją dłużej niż trwa nauka. Chroń te dzieciaki, spraw, by zmądrzały - lecz zanim zmądrzeją, uczyń je nieśmiertelnymi.

[...]

Wróć nam naszych zmarłych, wróć ich wszystkich; daj nam niezachwianą pewność, że w przyszłości ci, których utraciliśmy, zostaną nam przywróceni; że wszystkich tych, którychśmy utracili, zwrócisz nam - w Raju, jeśli nie na ziemi, ale zwrócisz na pewno. Nie wymagaj aż tyle od tych, co tak wiele utracili.
Nie waż się.

Ukaż się, teraz. Przyjdź z lekarstwem: już, teraz. Z kuracją: już, teraz. Z kuracją, co nie jest jedynie wężowym jadem ani pajęczą trucizną, jak te, któreśmy dostali przez czternaście lat modłów, oczekiwań i poszukiwań. Objaw się przez natychmiastowy cud medycyny. Ogłoś go w wieczornych wiadomościach; coś, wreszcie, co dzień później nie zawodzi pokładanych w nim nadziei. Reagan przeminął i Bush niemal przeminął, przeminęli Nixon i Zimna Wojna, i apartheid - i tylko AIDS wciąż trwa. A my czekamy. Czekamy jego końca.

Wysłuchaj nas Panie.

Czy łaska boska musi być tak nierówno rozdana? Czy dobro musi tak skąpo i z rzadka spadać z niebios na spieczoną ziemię? Myśmy są Twym zbożem, Twoimi ziarnami, zasianymi w ziemię; plon Twój przepadnie, jeśli mimo wiary, jaką pokładamy w Tobie poskąpisz nam życiodajnego deszczu.

Muszę powiedzieć, że Twoje milczenie, w którym trwasz uparcie, nawet w obliczu naszej bezmiernej potrzeby, jest doprawdy oburzające.

Mówię teraz nie w imieniu tych, co się tu zgromadzili, ale we własnym imieniu, w imię wielkiego gniewu, który przepełnia mi serce. Tak wielu umarło tylko tego roku: na wypadek, gdybyś, Boże, był nieobecny, lub nieobecny duchem, pozwól, że wspomnę kilku z nich, by zapisać ich koniec w Twych rachunkach?

[…]

Niech każde z tych nazwisk symbolizuje tysiące innych, i ciągle setki tysięcy pozostaną nie odnotowane. I tak wielu innych choruje i ma się gorzej; odlatują w wielkich ilościach, jak zauważyłem, podróżują w masie, stadami, jak ptaki, ci beznadziejnie chorzy. Kiedy dojdzie ich zew wielkiego odlotu, wypróbowują skrzydła, badają ciepłe prądy powietrza, walczą o gorący podmuch, co uniesie ich do, lub raczej od, życia. Oto odwaga i wola i wyobraźnia, i wytrwałość. Gdzie jesteś, Boże?

[...]
Pewien chasyd, Menachem Mendel z Kocka, zamknął się w pustelni i przez rok cały nie odpowiadał na nawoływania swoich uczniów. Nie odpowiadał na pukanie do drzwi, nie ozwał się, choćby nie wiem jak mocno pukali; ich nieustające zapytania o jego zdrowie pozostawały bez żadnej repliki. Jedyną odpowiedzią na ich troskę pozostawała cisza. Smutek uczniów, ich zamęt i lęk, że może nauczyciel umarł za zamkniętymi drzwiami swojej celi - na nic się zdały: przez rok ni słowa nie usłyszeli od Menachema Mendla z Kocka.

Aż pewnego dnia wyłonił się ze swej celi. Drzwi się otwarły - i oto był. Uczniowie domagali się wyjaśnienia. Rzekł więc im: teraz może zrozumiecie moją relację ze Wszechmogącym, który nie ukazuje mi się, ile bym nie błagał, który skrywa Swoją twarz przede mną.”

Tu wspomnieć trzeba, że owi uczniowie, ci udręczeni, rozżaleni uczniowie czekać musieli tylko rok - i na końcu dostali swoje odpowiedzi i wyjaśnienia. Tu więc analogia zawodzi. Półtorej dekady czekamy na Twoją pomoc. Mamy popioły i groby, i rozpacz tak przygniatającą, że ledwie podobna jest jeszcze do rozpaczy; jest raczej rodzajem mrocznego rozbawienia, że tyle da się znieść i wytrzymać; a ty ciągle skrywasz swoją twarz przed nami.

Byłem przy Ścianie Płaczu - i obserwowałem kobiety i mężczyzn, modlących się tak, jak się modlili przez stulecia Żydzi w obliczu niewzruszonego muru historii - wierząc, że to ich kołysanie ma moc rozpuścić, rozsunąć te wielkie kamienie; wierząc, że przesłania, które wciskają w szczeliny pomiędzy głazami jakoś zdołają przeniknąć na tamtą, drugą stronę. Podobnie anachoreci z syryjskiej pustyni, co płaczą nad kamieniami, próbując rozpuścić głazy swymi łzami. Czy modlitwa to tylko udręka, rodzaj testu na wytrwałość?

Jeśli modlitwa to błaganie, poszukiwanie ukrytego serca i oblicza Boga - w takim razie to apodyktyczne, kłótliwe, nieustępliwe żądanie, to dobijanie się do Twych drzwi nie zasługuje, by zwać się modlitwą. To natrętne pociąganie Cię za rękaw, gdyś czym innym zajęty - pogrążony, być może, w sprawach większej wagi: może utrzymywaniem ziemi na orbicie, by nie upadla na słońce, a może troszczeniem się o inny świat, niepodobny do naszego, gdzie nie ma nic takiego jak AIDS - gdzie twój zarząd jest łagodniejszy, a ważnych życiowych lekcji łatwiej się nauczyć.

[...]

Mam w zwyczaju mieć nadzieję. Lecz jakąż nadzieję można wynieść z tej pożogi? Jeśli jedyną lekcją, jakiej usłuchamy, jest holocaust, tedy rzeźnik o nietoperzowych skrzydłach jest naszym jedynym nauczycielem - ku jakiej więc przyszłości zmierzamy, wzdłuż brzegów jakiej rzeki umarłych wędrujemy?

Mam w zwyczaju prosić Cię o rzeczy małe - ja, jeden z tych winnych, co nie zrobili dość wiele; jeden ze szczęściarzy, co z życiem uszli przypadkiem. Gdy miałem dziesięć lat, wujek powiedział mi, że nie istniejesz: „Pochodzimy od małp”, rzekł, „wszechświat się skończy, a Bóg nie istnieje”. Uwierzyłem w to o małpach: wujek miał owłosione ramiona i dłonie, więc z tym było łatwo - a wszechświat stal się nieświatem, co wydawało się straszne i zabawne zarazem. Od czasu tamtej , w dobrej wierze udzielonej nauki, nie zaznałem Twego istnienia, jak to się przydarzało niektórym z mych przyjaciół. Jednak zostawiłeś ślad we mnie, jak szlak usypany z okruchów. Żarłoczne ptaki latały nad nim i ślad ten się rozmył, ale ścieżka została. Da się ją odnaleźć.

Tak więc - daj lekarstwo na AIDS. A także na rasizm, na homofobię i na seksizm. Daj też koniec wojen, nacjonalizmu i kapitalizmu, koniec pracy jako takiej i nienawiści do ciała. Odtwórz nieskalany świat, zakończ też epidemię raka piersi - przywróć do życia Dantire Vance i Audre Lorde, i Sigrid Wunderschmidt, zmarłą jako trzydziestosześciolatka, i moją matkę, umarłą w wieku lat sześćdziesięciu pięciu. Albo przynajmniej daj nam gwarancję, ze tej straty odzyskać się nie da, by nasze życie stało się do wytrzymania. Nade wszystko jednak - to moje zadanie na dzisiaj - daj lekarstwo.

Jeśli nie możesz uczynić dla nas owych rzeczy - pozwól, byśmy dokonali ich sami, jednak powoli, bo nie sięgamy wzrokiem zbyt daleko w przyszłość. Przynajmniej daj nam czas, by przyszłość mogła się dokonać. Zawarliśmy przymierze, aleś naraził nas na niebezpieczeństwo; nie oczekuj, że Ci wybaczymy, jeśli pozwolisz, by stała nam się krzywda. Umiejętność wybaczania to także jedna z tych lekcji, których nie da się nauczyć, wciąż coś tracąc.

Niemal wiem na pewno, że jesteś. Myślę, że jesteś naszym domem; póki co, jesteśmy bezdomni - lub tak sobie wyobrażamy. Krwawiące życie we wszechświecie ran. Bądźże nam ostoją, Boże. Bądź bardziej uważny.

czwartek, 23 listopada 2006
Wdzięczność

OWN - zachęca zepsuty neon na fasadzie lokalnego supermarketu w mojej dzielnicy. Powinien głosić FOODTOWN, ale w gorączce przedświątecznych przygotowań jakoś nikt nie pomyślał o tym, aby go naprawić. Zresztą ten kulawy imperatyw, jakby rodem z broszury handlowej („Miej!”), lśniący żółto nad dachami pogrążonego w szaleństwie kupowania, sprzątania i gotowania sąsiedztwa, znakomicie trafia w ducha chwili. Dla wielu ludzi Święto Dziękczynienia to tylko tyle: okazja do ekstra-super-wielkich zakupów, okupionych totalnym nerwowym i fizycznym wyczerpaniem. Dla wielu to nic ponad czas nerwowych przepychanek na lotniskach, awantur na zakorkowanych skrzyżowaniach i w zatłoczonych sklepach, dorocznych kłótni z rodziną przy uginającym się od nadmiaru jadła świątecznym stole. Dla wielu innych (a o tym przypomina kurant położonego nieopodal supermarketu luterańskiego kościoła, co godzina wydzwaniający melodię staroświeckiego hymnu) to przede wszystkim wielkie, bodaj największe w amerykańskiej tradycji i uniwersalnie celebrowane religijne święto.

Dla mnie to kolejny rok, który upłynął w moim nowym kraju: przybyłam prawie w rocznicę lądowania pielgrzymów, w ostatni piątek listopada. I chociaż Ameryka, do której przyjechałam, była już oswojona, skolonizowana, opisana i pozbawiona aury złowrogiej tajemniczości - lubię myśleć o nich. Wyobrażać sobie ich, uciekinierów od skostniałego porządku, mających wielkie plany budowy idealnego kraju, królestwa bożego na ziemskim padole. I chociaż nie jestem pobożna, ani nawet wierząca - czuję łączność z tymi nieznanymi ludźmi, przybijających w zimną listopadową noc do nieznanego brzegu nieznanego lądu: z obawą, ale i z nadzieją.

Count your blessings --mówią Amerykanie w chwilach, gdy już-już prawie brakuje sił albo sprawy nie do końca idą po ich myśli -- ale także wtedy, gdy po prostu jest okazja, by dostrzec jakość i ważność, co się ma. Wielka to szkoda, że w polskim nie ma dokładnego odpowiednika tego powiedzenia. Wdzięczność to wielka sztuka i wielki dar, jeden z takich, których nabiera się dopiero z wiekiem, gdy człowiek zaczyna rozumieć, ze nie wszystko ot tak, po prostu mu się należy. Sztuka wdzięczności, odczuwania i wyrażania wdzięczności przydaje się jak mało co w nowej, z trudem wywalczonej amerykańskiej ojczyźnie - i na tym właśnie, nowym, z trudem i wysiłkiem kolonizowanym terytorium najlepiej się jej uczyć. Zwykle łatwiej osiągnąć w niej biegłość tym, co wierzą w jakieś większe, doskonalsze, wieczne Ty, do którego można by zanieść wszystkie słowa i wszystkie myśli, z wdzięczności zrodzone. Trudniej jest tym, co wierzą jedynie w ślepy przypadek, prawa fizyki i władzę kształtowania własnego losu własnymi rękami - tym, którzy nie widzą adresata dla wielkiego, nie do końca przemyślanego i zrozumianego uczucia, które przepełnia ich czasem. Dla tych drugich - bezmiernie wdzięcznych, choć niemych - ktoś w końcu winien napisać mocną i mądrą, żartobliwą a poruszającą - modlitwę dziękczynną do nikogo. Modlitwę dla tych, co nigdy się nie modlą.

A u mnie będzie indyk, będzie sos z żurawin, i ciasto, i świece, i długie rozmowy. Będzie to wszystko nie dlatego, że jest w każdym domu obok i w każdym domu naprzeciwko. I nie dlatego, że trzeba coś z robić z tym, niewiarygodnie długim jak na amerykańskie warunki, weekendem. Nie dlatego że taka moda, i nie dlatego, że ciotki w Polsce z przekąsem będą mówić „a, boś ty już taka Amerykanka!”. I nie dlatego, że szukam wymówki, żeby nie pędzić o świcie na Central Park West, gdzie zmarznięte dzieci i ich zziębnięci do szpiku kości rodzice wypatrywać będą ogromnych balonów Macy’s Thanksgiving Parade. Będzie wszystko, co nakazuje tutejszy obyczaj, bo jestem wdzięczna, bezmiernie wdzięczna za to, że dane mi jest być mną. Z wszystkim, co jeszcze może nadejść. Z milionem zalet i wad, z milionem rzeczy dobrych, na które nie zawsze zasłużyłam i drugim milionem złych, które mogły zdarzyć się, a nie zdarzyły. Z tym, co mam. Tutaj, teraz.

piątek, 17 listopada 2006
Odgrzewane kotlety, 2 - California Dreamin'

Tym razem dla Malkontentki i biskupa Berkeleya, i z powodu szarosci za oknem, i dlatego, że zbliza sie Święto Dziękczynienia, z powodu którego wielu z nas tu, w Stanach, będzie miało powód, by odwiedzić jakieś lotnisko...

***

To prawda: to Miasto wciąga i trzyma w miejscu, jak bagno. Mimo pozoru nieustannego ruchu zakotwicza w jednym punkcie, na małej powierzchni Ale jak się przed tym bronić, skoro każdy wyjazd stąd jest jak wyjście z sali kinowej w najbardziej pasjonującym momencie filmu? Wyjeżdżając-wychodząc ma się tę potworną, dręczącą świadomość straty, nieuchronnego i niepowstrzymanego upływu chwil, które – raz utracone – są już nie do odzyskania. W miejscu, w którym nic nie trwa, wszystko zmienia się nieustannie i niepostrzeżenie, nie ma usprawiedliwionych nieobecności. Nic więc dziwnego, że nie lubię wyjeżdżać, jakkolwiek egzotyczny i obiecujący byłby prospekt miejsca przeznaczenia; a jednak mimo boleści rozstania z moja przybraną mała ojczyzną - bardzo, bardzo lubię lotnisko JFK.

Ludzie na lotniskach są tacy odmienieni: zwłaszcza ci z dużymi walizkami: podróżni, na twarzach których wypisano Wielką Zmianę. Ci przenoszą się najpewniej z jednego miejsca w inne, rozpoczynają nowy rozdział w życiu. Są niepewni i zdenerwowani, dziesięć razy sprawdzają paszporty i bilety. To na nich najczęściej polują zawodowi nawracacze i kieszonkowcy – ci, którzy pragną ukraść im portfel lub dusze, niecnie wykorzystać przedziwny stan umysłu, jaki zwykle towarzyszy dalekiej podróży. Zaprawdę, tylko ci, co odbyli naprawdę dalekie wojaże, wiążące się z perspektywą nazwania kiedyś domem nowego, dziś całkiem obcego i nieznanego miejsca, wiedzą, na czym polega mistyka podróży. Oni właśnie rozumieją najlepiej, że nie dystans nawet jest ważny, ale metafora - rytuał przejścia i zmiany. To dla nich i o nich pisał Celine: Bardzo przyjemnie jest podróżować, to wprawia w ruch wyobraźnię. Reszta to tylko rozczarowanie i mordęga.

O tym myślę, kiedy wielka, czarna limuzyna Lincoln Towncar, którą przysłała nam firma taksówkowa, wślizguje się z niespodziewaną lekkością na wiadukt, prowadzący do terminali lotniska. Ich wielkość i ogrom odległości, jaka je dzieli, każe medytować nad naturą przeznaczenia. Co by się stało, jeśli ten gentleman, spieszący z niewielką walizką na terminal United Airlines z zamiarem zabrania się z najbliższym lotem do Atlanty, wpadłby jakimś cudem na z dawna przeznaczoną mu przez los drobna kobietę w słomkowym kapeluszu, którą właśnie odbiera swój plecak z karuzeli nr 4 na sąsiednim terminalu, na który – po udanej przeprawie z urzędnikami imigracyjnymi – wypluł ją samolot Alitalia, przybywający po wielogodzinnej podróży z Palermo? Co by było, gdyby ta osóbka - której szerokie ramiona widzę tuż przede mną, idąc w kierunku naszej bramki – gdyby więc ta młoda osoba, gadająca przez komórkę do ostatniej chwili przed wkroczeniem na pokład samolotu linii JetBlue do Miami, skrzyżowała na moment spojrzenia z latynoskiej urody urzędnikiem służb ochrony lotniska, powoli i cierpliwie – choć bez wyraźnych sukcesów - tłumaczącym jakiejś najwyraźniej nie rozumiejącej słowa po angielsku kobiecinie, że aby pomyślnie przejść odprawę, musi zdjąć buty i położyć je na taśmie transportera? Co mogłoby wyniknąc z nagłych, przypadkowych spotkań ludzi, wprawionych w niezwykły nastrój przez lotniskowy trans podróży? Na lotniskach wszystko jest możliwe. Zwłaszcza na takich wielkich, onieśmielających lotniskach jak JFK, gdzie nawet jak na nowojorskie warunki panuje nerwowość i pośpiech. Tu także widuję się ludzi, jakich nie spotka się później na ulicach – dziwnych, niezwykle masywnych i krągłych, bladych ludzi, mówiących z akcentem stanów Środkowego Zachodu. Jak to się dzieje, że praktycznie nikt z tych mężczyzn i kobiet, tłoczących się przy bufetach z kanapkami, w toaletach, przy karuzelach i stanowiskach odprawy nie dotknie nigdy stopa bruku Broadwayu – pozostaje jedną z niezbadanych tajemnic tego dziwacznego miejsca, rządzącego się własnymi, niepojętymi prawami.

Dla nas tymczasem zaczyna się najbardziej emocjonujący etap tego dnia. Odprawa zakończona, z głośników płynie kojąca muzyka (Sting śpiewa o tym, że z każdym oddechem, i tak dalej) - i teraz nic już nie stoi między mną a przeznaczonym mi na najbliższe sześć godzin miejscem, tuż przy końcu kadłuba Airbusa A320, który ma zanieść R. i mnie do miejsca przeznaczenia. Zapadam w fotel i czekam cierpliwie, aż ta rozpędzona masa żelastwa osiągnie pułap dość wysoki, by z tej wysokości spojrzeć jeszcze raz na błękitniejący w dole daleki zarys Manhattanu, małe domki i plaże Rockaway, wreszcie – błękitne wody otwartego oceanu. Zamykam oczy i zanim wiem, co się dzieje – zasypiam.

A potem śnię. Śnię przez całe sześć dni: śni mi się białe miasto na wzgórzach, do którego prowadzi sieć szerokich, zalanych słońcem dróg. Śni mi się czerwony jak toskańska dachówka most, a raczej duch mostu: wyłaniający się jak zjawa z mgieł nad Zatoką – przecudny, majestatyczny Golden Gate Bridge, każdy krok po którym jest jak wspinaczka po schodach do nieba. Śnię o kolibrach, spijających nektar z kwiatów o nieznanych imionach, porastających klomby ogrodu botanicznego. Śnią mi się piękne, stylizowane na hiszpański styl kolonialny domy Presidio, wpatrzone w wody Zatoki, porozsypywane na wzgórzu jak białe kostki z szlachetnego kamienia. I lwy morskie, porykujące dobrotliwie na pomostach przy Fisherman’s Wharf. I ogromne, pierzaste palmy wzdłuż Embarcadero, szumiące kojąco uwięzionym w ulicznym korku kierowcom. I ogromna tęczowa flaga nad Castro, wieszcząca wszem i wobec niepodległe królestwo bez żadnych granic. Śnię o zapachu wielkich drzew eukaliptusowych, szumiących w parku ponad aleją, przy które stoi Pięć Malowanych Dam. O białych marmurowych budynkach Berkeley, gdzie czas biegnie zupełnie, zupełnie inaczej. O grafitti na ścianach Height Ashbury i o koronkowych, wiktoriańskich fasadach domów North Beach. O sterczącej bezczelnie w górę jak biały obelisk wieża na szczycie Telegraph Hill. O dwujęzycznych tablicach z nazwami ulic w Chinatown, które codzień wygląda tak, jak nowojorskie w chiński Nowy Rok. Śnię o szumie fal Pacyfiku i szeleście krzewów winorośli na stokach Napa Valley, gdzie życie - płynące wśród willi w toskańskim stylu – wydaje się słodkie i krągłe jak gęsty, miodowy Riesling na dnie kieliszka, który trzymam w dłoni. Wszystko takie bliskie, pełne zdumiewających szczegółów, dotykalne, a jednak nierealne, aż chciałoby się uszczypnąć się i sprawdzić, czy to aby prawda. California dreamin’.

Kiedy otworzyłam oczy - była środa, późny wieczór, a z mroku w dole, spod gęstych, niskich chmur mrugało do mnie znowu moje Miasto. Kapitan informował o zbliżającym się lądowaniu na urytym w szarych chmurach JFK. A kiedy zamrugał do mnie biało z dołu malutki, ledwie widoczny w oddali Chrysler Building, pomyślałam, że nie żal mi tego snu, choć był taki piękny. Kanciaste i nerwowe, targane szaleńczym pośpiechem, nawet okrutne czasem – moje Miasto nie jest snem, jest prawdziwe. Czasem ciśnie jak kamyk w bucie – ale wiem, że naprawdę jest.

piątek, 10 listopada 2006
Gra w niebieskie, gra w czerwone

Jesteśmy dziećmi epoki, epoka jest polityczna - powiada Szymborska w jednym z moich ulubionych wierszy. I chociaż wiersz ten napisany został całe dekady temu i w innym kraju, nic się nie zmieniło: toteż o poranku, dzień po jakże politycznym Election Day, piję kawę polityczną nad gazetą polityczną i nasłuchuję uchem politycznym doniesień radiowych na tematy, a jakże, polityczne. Choćbym z przekonaniem powtarzała sobie, że normalny kraj to taki, w którym szeregowy obywatel nie musi interesować się polityką - nawet tu, w Nowym Jorku marzycieli i poetów, nie da się przed nią uciec. Dziwnym zbiegiem okoliczności nawet najuparciej ignorowana, polityka zawsze zdąży zainteresować się mną. Daję więc za wygraną - i wstrzymuję oddech, przeglądając wiadomości.

Tymczasem dookoła, jak to rano - tłum Nowojorczyków stawia kroki polityczne na podłożu politycznym. Prężne te kroki dzisiaj. Radosne. Niektórzy wręcz lewitują pół stopy nad ziemią. Na politycznej mapie Stanów Zjednoczonych moje Miasto - kobaltowa plamka na tle błękitnego stanu Nowy Jork - jest najpotężniejszym ośrodkiem poparcia dla demokratów na całym Wschodnim Wybrzeżu, zwycięstwo demokratów w wyborach uzupełniających jest więc tu powodem wielkiej radości. Wiosna nasza - pisaliby pewnie rozradowani Nowojorczycy na murach, gdyby znali tamten slogan, z którym ja dorosłam. Ale nie znają; pokrzykują więc tylko How awesome! - i pyski im się śmieją jak chasydom w Sukkot, mimo wstrętnej pogody i ulewnego deszczu. Święto, prawdziwe święto. W związku z tym nic dziś nie będzie załatwione, żadna sprawa popchnięta do przodu: nic nie da się zrobić: dopóki linie telefoniczne zablokowane przez setki pełnych ekscytacji rozmów, nie zostaną zwolnione i dopóki kubikowe towarzystwa nie obgada do końca problemów związanych z wynikami wyborów. Dopóki nie zniknie z pierwszych stron gazet wredny pysk Rumsfelda, dopóki nie opadną nabuzowane emocje - Nowy Jork ma fajrant.

W moim Mieście wszyscy żyją polityką, na codzień i od święta - i zawsze tak było. Za czasów skorumpowanej machiny Tammeny Hall i w złotym wieku Ala Smitha i Fiorello Laguardii. Po części dlatego, że - mimo, iż Nowy Jork nigdy nie był oficjalną stolicą USA - źródło społecznych przemian, promieniujące na resztę kraju, zawsze biło tutaj. Tu zaczynał się ruch związkowy, tu znalazły początek reformy związane z imigracją, tu się wylęgły wszelkiej maści ruchy wyzwoleńcze uciśnionych mniejszości - i wszelkiego autoramentu kolorowe ekstremy; nie sposób więc patrzeć na to wszystko bez zaangażowania - w końcu to nasze podwórko. Po części żyjemy tu polityką także dlatego, że skupisko zamożnych i wpływowych osób w jednej tylko Upper East Side jest tak olbrzymie, że gdyby tamtejsi rezydenci przestali dawać pieniądze na kampanię wyborczą, kolejne wybory prawdopodobnie nie odbyłyby się z braku funduszy. A poza tym - o polityce pogadać można nawet z obcymi, a Nowojorczycy uwielbiają pogaduszki.

I byłoby świetnie, gdyby nie to, że boję się otworzyć usta i powiedzieć moim nowojorskim przyjaciołom - bez wyjątku zadeklarowanym demokratom - że z tego kapitalnego zwycięstwa nie do końca się cieszę. Owszem, fajnie jest pomyśleć, ze jest jakaś szansa, że parę okropnych rzeczy, które się wydarzyły przez ostatnich sześć lat, da się jakoś naprawić - a przynajmniej można będzie, ustami swoich ustawowych przedstawicieli, głośno i bez obciachu skrytykować. Ale nic nie poradzę: nie cieszy mnie triumf pani senator, której prze ciężkie wrześniowe dni 2001 roku nie widywało się w mieście - tym Mieście, w którym nigdy dotąd nie mieszkała, a które wybrało ją za samo nazwisko, dając gigantyczny, bezprecedensowy kredyt zaufania. Tej samej pani senator, co oddała głos za rezolucją wojenną i za ustawą, pozwalającą rządowi bez sądowego nakazu podsłuchiwać i szpiegować amerykańskich obywateli. I jeszcze mniejszą mam frajdę z wyborczego triumfu pewnego pana, zajmującego się (o ironio!) kontrolą miejskich finansów, który to pan jakoś „zapomniał” zrefundować Miastu grube tysiące dolarów, pochodzące z mojej podatniczej kieszeni, za które to pieniążki woził był limuzyną najjaśniejsza swoją małżonkę. No żesz w mordę go i nożem, czy naprawdę nie stać nas na więcej? Czy w Mieście, które słynie z najzdolniejszych artystów i najlepszych kucharzy, z najpiękniejszych kobiet i najbogatszych milionerów naprawdę nie znajdzie się polityk wyższych lotów niż ci, na których wypada w Nowym Jorku głosować? Ktoś, na którego głosowałoby się z przekonania - bo mądry, uczciwy i wyważony - a nie dlatego, że „nasz”, z jedynie słusznej partii? Nie dlatego, że czyjś mąż czy pociotek? Co to za radość popierać pozbawioną zasad miernotę tylko dlatego, że przypina znaczek z demokratycznym osłem? Jak długo można przymykać oko na czyjeś łajdactwo tylko dlatego, że dobrze wykombinował przynależność partyjną? Co się stało z wszystkimi tymi cudownymi, wykształconymi, światłymi ludźmi, że tak łatwo przychodzi im zapomnieć o własnych zasadach w imię jakiejś abstrakcyjnej „naszości”?

Wiem, to nie tylko nasz problem. Ta choroba sieje się wszędzie jednakowo, w biednych i w bogatych krajach, w tych z wspaniałą demokratyczną tradycją i w tych z pociągiem do ledwie kamuflowanego zamordyzmu. Choroba znikającego środka. Choroba braku rozsądnych kompromisów. Ta sama choroba, co jednym każe krzyczeć lepiej zrzucić wielką atomówkę, niż oddać im Kaszmir - a innym przymykać oko na czyjeś łajdactwo, bo najważniejsze, że by głosował za aborcją/przeciw aborcji. To straszna choroba, która atakuje jednakowo mózgi mierne i światłe, mądrych i durniów jednakowo pcha ku ich własnej szkodzie. Nie szkodzi, że bydlak, że chla i bije żonę - byle tylko nie pozwolił się żenić pedałom. Nic to, że złodziej i oszust -najważniejsze, że demokrata. I zanim się człowiek obejrzy, jedni drugim skaczą do oczu i wywijają pięściami- i ci prowojenni, i ci niby pacyfiści. I nawet im powieka nie drgnie, kiedy wygadują, że ci drudzy, tamci drugiego koloru, tamci z Partii A lub z Partii B są największym zagrożeniem dla kraju - nie ubożenie klasy średniej, nie olbrzymi deficyt, nie przeraźliwe skażenie środowiska i alarmujące kurczenie się naturalnych zasobów - nawet nie wszyscy talibowie świata razem wzięci.

Może to natura broni się jak może przed naszym pleniącym się bez opamiętania gatunkiem - szczując jednych na drugich, wyostrzając wzrok, tropiący nieznaczne różnice, zamiast poszukiwać oczywistych podobieństw. Może to wirus jakiś, indiańska klątwa, nieoczekiwany skutek skażenia powietrza? Cokolwiek to jest, lepiej, by było na to jakieś lekarstwo - bo polityczna epoka jest do zniesienia tylko wtedy, gdy pod rękę z polityką idzie zdrowy rozsądek i najzwyczajniejsza, ludzka przyzwoitość. Bo i rozsądek, i przyzwoitość nie są ani w prawo ani w lewo, ani czerwone, ani niebieskie. Tęsknię więc za nimi - głupawo uśmiechając się do gazetowych nagłówków, grzecznie potakując rozentuzjazmowanym znajomym, radośnie obnoszącym koszulki ze stylizowanym portretem Hillary. Milczę i czekam, bo wiem, że gdzieś jest, musi być, ten świetny kraj mądrych ludzi, kraj, w którym chcę mieszkać. I nadzieja, o której kiedyś usłyszałam - nadzieja chudego dzieciaka o śmiesznym imieniu, który wierzy, że i dla niego jest miejsce w Ameryce.

poniedziałek, 23 października 2006
Najlepszego, panie Reich

Kiedy patrzeć na niego z wysokości odległego rzędu na balkonie, Pat Metheny jest maleńki jak krasnoludek. Góra dwa cale wzrostu. Miniaturowy człowieczek z maciupką gitarą koloru miodu i nieproporcjonalnie wielką grzywą płowych włosów stoi w samym środku białego kręgu światła, wyrysowanego reflektorem na jasnych deskach Carnegie Hall - i gra. Im dłużej gra - nagranie z taśmy powtarza jak echo jego skomplikowane, rytmicznie powtarzające się frazy - tym bardziej wydaje się, że to on właśnie, człowiek z instrumentem produkujący muzykę jest źródłem rozjaśniającego mrok światła. Że to dźwięki narastającego i gęstniejącego z każda chwilą Electric Counterpoint rozświetlają październikową ciemność, a im więcej ich, im bardziej transowo brzmią kolejne, powracające, podzwaniające akordy - tym jaśniej, jak gdyby krąg światła rósł razem z muzyką.

Ten wieczór dopiero się zaczął, a już jest niesamowicie. Utwór, którego od lat słuchałam z roztargnieniem z płyty, mimo uszu puszczając jego delikatne, pulsujące dźwięki, zagrany na żywo okazuje się prawdziwą perełką. Gitara Metheny’ego dzwoni i dźwięczy, czasem brzmi jak dzwonek, a czasem nawołuje jak ptak w porze odlotu. Muzyka gada sama do siebie, jak gdyby słuchacze byli jej zbędni, jakby w jej doskonałym świecie zdumiewająca harmonia fraz - tych wykonanych na żywo i tych z taśmy - wiodła własny, idealny, samowystarczalny żywot. Widzowie w rzędach obok nas, na stromej jak dzika góra widowni balkonu Carnegie wychylają się ze swoich miejsc mimo zawrotu głowy, by choć przez moment być bliżej źródła tych przedziwnych dźwięków, płynących ze sceny na dole.

To tylko piętnaście magicznych minut: Metheny kończy dużo szybciej, niż byśmy sobie życzyli, kłania się i odchodzi, żegnany oklaskami. Miejsce po nim zajmują muzycy Kronos Quartet: jego członkowie-założyciele jak zwykle nonszalanccy, ciągle - mimo lat, których im przybywa - emanujący czarem genialnych, przystojnych artystów, świadomych swego powabu. Młody wiolonczelista, dokooptowany niedawno do grającego razem od trzech dekad składu, milcząco stoi w cieniu sławnych kolegów. Jednak kiedy zaczynają grać - są jak zawsze nieludzko precyzyjni w każdym zagranym dźwięku. Szkoda tylko, że Different Trains, przepiękny, skomponowany właśnie dla Kronosów kwartet na cztery smyczki i taśmę, na żywo nie brzmi tak hipnotycznie jak z płyty. Nagrane odgłosy pędzących pociągów i wypowiedzi ocalałych z Zagłady wyskakują przed delikatne brzmienia smyczków, zgrzytają, krzyczą zbyt głośno. Grania na żywo jest stosunkowo niewiele, więc czar, jaki zwykle roztacza Kronos Quartet, nie ma szans objawić się w pełnej krasie. Jedynie w ostatnim, subtelnym fragmencie muzycy naprawdę pokazują, na co ich stać. Na dosłownie kilka minut tuż przed końcem ich występu czas zastyga w miejscu, zaczarowany głosem z taśmy: The war is over. Smyczki muzyków momentalnie podchwytują timbre głosu mówiącego - i grają jak grać potrafi jedynie zespół taki jak ten, zespół złożony z genialnych szaleńców i bezwzględnych perfekcjonistów, co przez lata wspólnej pracy doszedł do niemal mistycznej wspólnoty. Niespodziewanie nawet dla siebie samych Kronosi zaczarowują nas wszystkich, całą, wypełnioną po brzeg Carnegie Hall - i jak szalony pociąg unoszą, porywają, wiozą w to magiczne, zapierające dech w piersiach, nieosiągalne dla śmiertelnych miejsce, miejsce, gdzie śmierć i przemijanie nie mają władzy - miejsce, gdzie przed nimi doszedł jedynie Beethoven w niektórych fragmentach swoich ostatnich kwartetów smyczkowych.

To jednak tylko chwila; utwór zaraz się kończy i pozostaje czekać, kręcąc się niecierpliwie na wykładanych czerwonym pluszem fotelach, aż światła znowu ściemnieją, a przy marimbach, fortepianach i pulpitach zasiądzie Osiemnastu - a wśród nich ten, którego jubileusz zgromadził w Carnegie Hall wszystkie uświetniające ten wieczór znakomitości. Kiedy wreszcie wchodzi na scenę, witany gromkimi brawami, Steve Reich nie wygląda na siedemdziesięciolatka. Nie wygląda też na światowej sławy kompozytora, którego koncepcje zmieniły spojrzenie na naturę utworu muzycznego i muzykę w ogóle. Wysoki, chudy mężczyzna w ciemnej bejsbolówce na głowie, podchodzący właśnie sprężystym krokiem do wielkiego czarnego fortepianu mógłby być jednym z moich sąsiadów, pijących piwo w lokalnym barze na Brooklynie i z ożywieniem rozmawiających o ponurej porażce Metsów w ostatnich rozgrywkach Major League. Mógłby być niezmordowanym nowojorskim cabbie, albo pogodnym sprzedawcą w sklepie z gwoździami po sąsiedzku - mógłby być jednym z nas. I jest: do momentu, kiedy pulsujący, rytmicznie powtarzający się dźwięk marimb nie rozpocznie muzycznego misterium, znanego jako Music for Eighteen Musicians. Wtedy przestaje być wszystkim, co o nim myśleliśmy - a także wszystkim, co o nim napisano, mądrze czy głupio, przez ponad czterdzieści lat jego błyskotliwej muzycznej kariery. Staje się bezimiennym, perfekcyjnie sprawnym elementem genialnej muzycznej maszyny, zwanej Steve Reich & The Musicians.

Słyszałam ten sam zespół, grający ten sam niezwykły utwór, równo dziesięć lat temu - w innej sali, innym mieście, innym kraju, w innym życiu. Też była jesień, i też pięknie grali - ale słuchając wtedy myślałam o innych rzeczach Myślałam, jak pięknie jest uciekać w tę muzykę, chować się w nią, wtulać, jak w ciemnościach nocy wtulają się w róg kołdry przestraszone, samotne dzieci, co nie mogą zasnąć. Jak bezpiecznie jest rozpłynąć się w tej magicznej monotonii, w tych nieprawdopodobnych dźwiękach - których źródła czasem nie sposób ustalić, nawet obserwując uważnie ruchy muzyków - i nie myśleć, nie myśleć o niczym, tyko słuchać, tylko być, tu i teraz, i już nigdzie więcej. Rozpłynąć się, zniknąć, kiedy ta muzyka ucichnie. Teraz, odmieniona i odległa w czasie i przestrzeni od tamtej siebie, siedzę i słucham nie mniej zaczarowana - ale rozmyślam o czym innym. Zastanawiam się bowiem, gdzie mógł być i co robił Steve Reich w swoje trzydzieste szóste urodziny, w dwudziestym piątym dniu jesiennego miesiąca Tishrei, w roku pięć tysięcy siedemset i trzydziestym trzecim od stworzenia świata. I chociaż to niemożliwe i wydumane, chciałabym myśleć, że w tym właśnie dniu - dniu moich narodzin - sprawił sam sobie piękny prezent, wpadając po raz pierwszy na pomysł stworzenia kompozycji, którą gra dziś ze swoimi muzykami w Carnegie Hall, dla siebie, dla swoich niesamowitych muzyków, dla wszystkich tutaj, dla mnie.

Trzeba w coś wierzyć, by w swoim chaosie i okrucieństwie świat dawał się jakoś usprawiedliwić i wytrzymać. Jedni wierzą w boga, inni w fart, inni jeszcze w wolnorynkowy kapitalizm. Ja wierzę, że wszystko się ze sobą łączy; że dwa ludzkie istnienia, które raz dotknęły się w czasie i przestrzeni, choćby w przypadkowym zderzeniu, ślepej kolizji losów, na zawsze są sobą nawzajem naznaczone. Dlatego czyjaś myśl, wiersz, kompozycja, co raz wpadła we mnie, zostanie we mnie na zawsze. A także, że każda piękna rzecz, która daje radość ludziom, trwa i rośnie, choć tego nie widać: jej dobroczynny wpływ rozchodzi się delikatnie lecz nieuchronnie, jak koła na wodzie, jak światło w ciemności, jak dobra wiadomość. I dlatego uwielbiam, bardziej niż cokolwiek innego na świecie, być w sali pełnej ludzi, słuchających wykonania Music for Eighteen Musicians. Uwielbiam, bo wiem, że nie w tej sali duszy, która nie wpadłaby w magiczny rezonans z reichowskimi dźwiękami, ani ciała, które oparłoby się nieprzepartej pokusie falowania wraz z tą muzyką - choćby w ukryciu, w tajemnicy przed samym sobą, choćby tylko koniuszkiem ukrytego w bucie palca. Uwielbiam, bo kiedy - ku bezbrzeżnemu rozczarowaniu zasłuchanych widzów - muzyka cichnie wreszcie, a jej wspomnienie topi burza braw- część z niej zostaje w nich. I niosą ją dalej, ulicami i korytarzami metra, szczęśliwi, rozkołysani, podśpiewujący wciąż i wciąż usłyszany na koncercie akord. Muzyka w sali Carnegie ucichła, ale ci, których poruszyła, przekażą ją dalej: Music for Eighteen Musicians poniesie się w miasto w miarę, jak rozśpiewani pasażerowie pociągu Q, co rusza właśnie w noc ze stacji przy 57 Street, rozejdą się do swoich domów - wciąż nucąc pod nosem, jak gdyby wpadli w przedziwny, nigdy nie kończący się rezonans.

Czego dotąd nie wiedziałam - to że najbardziej uwielbiam słuchać Music for Eighteen Musicians w Nowym Jorku, gdzie ten utwór został napisany i wykonany po raz pierwszy, trzydzieści lat temu. Uwielbiam, bo kiedy nawet piękne wspomnienie koncertu i rozśpiewanych widzów rozwieje się w rutynie codzienności, prędzej czy później ta muzyka powróci do mnie. Powróci, bo zawsze tu była. To samo Miasto ją grało, jeszcze zanim Steve Reich wyłowił ją i spisał - w swojej genialnej uwadze usłyszał i wyłuskał z grania klaksonów Broadwayu i Park Avenue, wysupłał z dźwięku wiatru, w burzliwy dzień grającego na olinowaniach Brooklyn Bridge jak na harfie, pracowicie wydłubał z odgłosów metra i z monotonnego stukania milionów stóp na nowojorskich chodnikach. Codziennie, na ulicach i w parkach, trwa nigdy nie cichnące wykonanie Music for Eighteen Musicians - utworu, który - dopóki Miasto trwa - nigdy się nie kończy.

poniedziałek, 11 września 2006
*



And death shall have no dominion.
Dead men naked they shall be one
With the man in the wind and the west moon;
When their bones are picked clean and the clean bones gone,
They shall have stars at elbow and foot;
Though they go mad they shall be sane,
Though they sink through the sea they shall rise again;
Though lovers be lost love shall not;
And death shall have no dominion.

 And death shall have no dominion.
Under the windings of the sea
They lying long shall not die windily;
Twisting on racks when sinews give way,
Strapped to a wheel, yet they shall not break;
Faith in their hands shall snap in two,
And the unicorn evils run them through;
Split all ends up they shan't crack;
And death shall have no dominion.

 
And death shall have no dominion.
No more may gulls cry at their ears
Or waves break loud on the seashores;
Where blew a flower may a flower no more
Lift its head to the blows of the rain;
Though they be mad and dead as nails,
Heads of the characters hammer through daisies;
Break in the sun till the sun breaks down,
And death shall have no dominion.

And Death Shall Have No Dominion
by Dylan Thomas, 1937


piątek, 01 września 2006
Enough is enough
Unikam jak mogę zajmowania się polityką w kraju rodzinnym, ale nawet nadzwyczajnie spokojny czlowiek ma pewną granicę wytrzymalości. Toteż nawoluję do podpisywania:

A Giertychowi hurt w detal, jak mawiają handlowcy.
poniedziałek, 28 sierpnia 2006
Atak Kobiety-Olbrzyma

Pamiętam dokładnie, gdzie byłam w dniu, kiedy Katrina uderzyła na Nowy Orlean. Słońce świeciło pięknie, choć już jesiennym blaskiem; na śniadanie podawano jajka sunny-side-up i tosty, typowe atrakcje amerykańskiego śniadania. W małej, letniskowej miejscowości na północy stanu Nowy Jork, w górach Catskill, gdzie jak co roku zaszyliśmy na długi weekend Labor Day, nikt z przyjezdnych nie ogląda telewizji. Wieści o spustoszeniu, panice i chaosie, jakie ogarnęły Luizjanę, docierały więc do nas z drugiej ręki, w krótkich momentach rozmów z gospodarzami - wspominane niemal mimochodem między grzecznościowymi uwagami o pogodzie i informacjami o planowanych na wieczór atrakcjach kulinarnych. Po kilku dniach beztroskiego byczenia się, w sielskim pejzażu prowincji człowiek popada w specyficzny stan ducha, w którym nie ma miejsca na zrozumienie powagi takiej sytuacji. Tak więc jedliśmy jajka i domową szarlotkę, podziwialiśmy krajobrazy, kontemplowaliśmy osobliwości lokalnej fauny i flory, puszczając niemal mimo uszu historie o zalanych domach i pozrywanych dachach, o pękniętych wałach powodziowych, dziesiątkach zabitych i pogłębiającym się bezprawiu. Zresztą, wszystkie te tragiczne doniesienia brzmiały zupełnie fantastycznie: nie mieściło się nam w głowie, że podczas gdy my w tym samym bogatym, zaawansowanym kulturowo i technologicznie kraju używamy wywczasów, na drugim końcu Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej rozgrywa się dramat, jaki spodziewaliśmy się oglądać jedynie w reportażach z krajów Trzeciego Świata.

Dopiero powrót do Miasta zderzył nas n dobre z obrazami, które inni Amerykanie oglądali na ekranach swoich telewizorów od dobrych trzech dni: nie wierząc własnym oczom wchłanialiśmy w siebie zdjęcia z pierwszych stron gazet i treść krzyczących oburzeniem nagłówków. Powoli docierał do nas bezmiar ludzkiego nieszczęścia, śmierci, niewyobrażalnego zniszczenia i jeszcze bardziej niewyobrażalnej bezradności. Wraz z innymi uczyliśmy się nowego, strasznego alfabetu Katriny: jak wygląda napuchnięte, martwe ciało, porzucone w wodzie. Jak tonie człowiek, pies, samochód. Jak w pozornie spokojnym dotąd obywatelu obudzić się może ludzkie zwierzę, spragnione tylko jednej rzeczy - przetrwania, za wszelką cenę. Wreszcie - jak wyglądają tłumy bezbronnych ludzi, pozostawione przez swój rząd na pastwę rozszalałego żywiołu bez żadnej pomocy, odarte z godności i nadziei, a nawet z prawa do bycia Amerykanami: w medialnych przekazach nazywano ich „uchodźcami”, jak gdyby wyjący powiew Katriny porwał nie tylko calusieńki dorobek całego ich życia - ale nawet ich obywatelstwo. Mijały kolejne dni, w czasie których politycy poklepywali się nawzajem po plecach, a media prześcigały się w portretowaniu mieszkańców Big Easy jako zdeprawowanych łajdaków, w pełni zasługujących na los, jaki ich spotkał. Kiedy wreszcie medialny kurz opadł i opadły nieco cuchnące, brunatne wody, zalewające Nowy Orlean - na murach zalanego miasta niektórzy, nieliczni z nas dostrzegli więcej, niż spodziewali się zobaczyć. Oczami duszy zobaczyli bowiem krzyczące litery, wypisane tą samą potężną dłonią, co kreśliła przekleństwo uczestnikom biblijnej uczty Baltazara. A niewidzialny, krzyczący napis głosił: YOU MAY BE NEXT.

Cierpienie i śmierć innych zawsze są jak odległy pomruk burzy: coś, co zauważamy, ale bez względu na poziom empatii czy wyobraźni nie potrafimy odnieść bezpośrednio do siebie. Być może tak działa jakiś dziwny bezpiecznik, który wmontował nam Stwórca, by chronić nas przed samymi sobą. Taka już bowiem natura naszego kruchego, zagubionego gatunku, że aby istnieć i nie zwariować - musimy wierzyć, że śmierć to coś, co zdarza się tylko innym. Im bliżej anioł śmierci spaceruje za naszymi plecami, im droższych ludzi zabiera nam jego zimny pocałunek - tym bardziej chcemy - wbrew logice - wierzyć, że jesteśmy nieśmiertelni, niezniszczalni. Poza odwiecznym przekleństwem ludzkości: koniecznością utraty tego, co jest dla nas jedyne i bezcenne: istnienia. Lepsi. Zbyt cwani. Zbyt sprytni, by tak po prostu umrzeć. Ile trzeba zobaczyć śmierci, strasznych śmierci, niezawinionych śmierci, żeby uwierzyć we własną śmiertelność? Co sprawia, że czujemy lub nie czujemy współczucia dla ludzi, którzy teoretycznie są jak my, czują i żyją dokładnie jak my, na tym samym kontynencie, w tym samym kraju? Nawet Katrina nie dała odpowiedzi na to pytanie. Najstraszniejszy kataklizm, jaki widziano na amerykańskiej ziemi, nie dał nikomu żadnych odpowiedzi - pozostawił jedynie niezliczoną ilość gorzkich, gniewnych pytań. Jak można było dopuścić do tego, by spodziewana od dawna katastrofa zastała miasto tak nieprzygotowanym? Jak można było oczerniać przed resztą współobywateli setki niewinnych, przerażonych ludzi, których jedynym przestępstwem było, że urodzili się czarni i niezamożni, w mieście, gdzie większość ludzi jest czarna i uboga? Gdzie byli ci, od których zależała natychmiastowa i skuteczna pomoc? Jakiej kary trzeba, by sprawiedliwie odmierzyć zadośćuczynienie za arogancję i brak wyobraźni ludzi, przekonanych, że robią a heck of a job? Ostatni film Spike’a Lee, wstrząsający i - mimo oszczędności słów - nieprawdopodobnie elokwentny, najpełniej chyba podsumowuje to, co się stało, co ciągle się staje. Dlaczego mimo tylu uważnych obserwacji jakoś nie możemy stać się mądrzejsi? Dlaczego jak zwykle nie ma winnych? Dlaczego nic sięnie zmienia?

Czasem myślę, że Nowoorleańczyków zawiedli nie tyko politycy: zawiedliśmy ich wszyscy, my, zjadacze szarlotek, amatorzy sielskich spacerów po górach i bywalcy jesiennych wyprzedaży w Bloomingdale’s. I nie ma znaczenia, że w kilka tygodni od katastrofy połowa młodych Brooklyńczyków ruszyła na południe, by pomagać przy gigantycznym sprzątaniu - ani że odbyły się dziesiątki i setki imprez charytatywnych na rzecz ofiar Katriny, w całej Ameryce, w każdym, najmniejszym mieście, nawet w każdej wiosce. I nie pomoże nawet, że mały trębacz, co na czele jazzowego konduktu przewodził halloweenowej paradzie w West Village, urzekł wszystkich tak bardzo, iż uwierzyli, że duch tamtego miasta nie może umrzeć, i że tak wspaniały, porywający jazz jest w stanie podźwignąć Nowy Orlean z ruin. Zawiedliśmy, bo w naszej marniej wyobraźni ciągle brak miejsca na obraz nas samych w tej samej, niewyobrażalnej sytuacji amerykańskich uchodźców. Im bardziej w tafli brunatnych wód, co zalały Nowy Orlean, odbija się nasza własna, szkaradna sylwetka - wolimy myśleć, że gdyby na nas padło, okazalibyśmy się lepsi, szlachetniejsi, bardziej praworządni od tamtych, których zapłakane twarze widywaliśmy na ekranach telewizora i na prasowych zdjęciach. Katrina zmiotła może to, co jeszcze zostało z naszego amerykańskiego poczucia bezpieczeństwa - ale nie naszą pychę. Ta pycha rozrasta sięjak bluszcz i zajmuje w naszych czarnych, drobnomieszczańskich sercach miejsce,w którym winniśmy raczej posadzić wielki gniew.

wtorek, 02 maja 2006
One Nation, indivisible, With Liberty and Justice for all.

Union Sqaure, 5-01-2006

1 ... 6 , 7 , 8