| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
Zakładki:
.
książka życzeń i zażaleń u kerownika zakładu
1. Emigranci
2. W kraju nad Wisłą
3. Poszli sobie
4. Poza konkusem
5. Nowojorskie instytucje
6. Dla oka
7. Dla ucha











Share on Facebook

Instagram
poniedziałek, 10 marca 2008
Noc w muzeum - albo kotlet odgrzewany au naturel
American Museum of Natural History przy rogu ruchliwej Siedemdziesiątej Dziewiątej Ulicy i wytwornego Central Park West to niezwykła instytucja. Nie tylko dlatego, że kolekcja tego przybytku przyćmiewa jakiekolwiek inne muzeum historii naturalnej na świecie. I nie tylko dlatego, że statystycznie co trzeci noblista wspomina z rozrzewnieniem w wywiadach, jak to odbyta w czasach dzieciństwa wycieczka do tego sanktuarium nauk przyrodniczych obudziła w nim (czy w niej) pragnienie, by poświęcić życie zgłębianiu tajemnic natury.
niedziela, 02 marca 2008
Siwy dym
Kiedy wyjrzeć przez okno w taki dzień jak dziś - w mroźny, bezwietrzny dzień, który właśnie się zaczął albo właśnie się kończy - na pewno znajdzie się gdzieś smugę białej pary, strzelającej w górę: idealnie prosto, jak wykrzyknik. Jak gdyby z nieznanego źródła, którego istnienia nikt nawet dotąd nie podejrzewał, wystrzelił nagle parowy gejzer - biała, bezkresna kolumna siwej, ulotnej materii, pchająca się wyżej, wyżej i wyżej, ponad ulice, ponad samochody, ponad dachy - prosto do nieba. Człowiek chodzi po mieście, uczy się na pamięć domów i ulic, wydaje mu się, że wszystko już poznał, zobaczył,odnotował i wymierzył swoją miarą - a tu nagle wykwita coś takiego, nagle, znikąd.
środa, 27 lutego 2008
Amerykanie w Pyongyang
Całe kulturalne Miasto mówi dziś tylko o jednym: o historycznym występie Nowojorskich Filharmoników w stolicy Północnej Korei w ramach trwającego właśnie azjatyckiego tournee wielkiej orkiestry.
czwartek, 21 lutego 2008
Nowy Jork. Przewodnik niepraktyczny




No i już jest! Wiem, że wielu z Czytelników już widziało książkę (ja jeszcze nie!), ale Wydawca zapewnia, że można ją już kupić... więc korzystam, żeby się pochwalić, i żeby zachęcić również do oglądania zdjęć Iki Sobczak, która dzięki swej niezmiernej uprzjemości pozwoliła mi wykorzystać w książce swoje fotografie. Jej zdjęcie jest też na okładce - prawda, że ładna?

W notce wydawniczej też ładnie napisali:

Legenda Nowego Jorku oczarowuje nawet tych, którzy nigdy w nim nie byli”, pisze Kamila Sławińska. Nie inaczej: to Nowy Jork, a nie Chicago, jest częstym celem - może nawet jednym z najczęstszych - realnych i wymarzonych podróży młodych Polaków. Kiedy pod koniec lat dziewięćdziesiątych autorka z jedną walizką znalazła się w Nowym Jorku, miała o nim mgliste wyobrażenie, lecz od tamtej chwili starała się pojąć i opisać to wymykające się definicjom miasto. Dziś, po dziesięciu latach intensywnych wycieczek po Manhattanie, spokojnych spacerów po Central Parku, całodniowych wypraw do Soho, przejażdżek środkami komunikacji miejskiej i samochodem po Queens czy Brooklynie, mówi, że chyba rozumie - a na pewno po nowojorsku kocha swoje miasto. Opisuje miejsca, które tworzą nastrój Nowego Jorku i etniczne enklawy emigrantów, opowiada o doświadczeniach emigrantki z prowincji Europy w wielkim mieście i powolnym stawaniu się nowojorczykiem. Udaje jej się to, co jest niemożliwe i co sama uznaje za niemożliwe - całościowy opis nowojorskiego klimatu.

Książkę można dostać tu - no i w księgarniach. Mam nadzieję, że prędzej czy później spotkamy się w którejś. A póki co dziękuję niezmiernie tym, co już czytali i chwalili, i mam nadzieję, że i cała reszta podzieli się ze mną wrażeniami.

PS. Zauważyliście, jaki mam piękny nowy szablon? To robota Taishy, ktorej ninejszym OGROMNIE dziękuję.

czwartek, 14 lutego 2008
Obowiązkowy wpis walentynkowy



To logo ma bardzo ciekawą historię, o ktorej mam nadzieję napisać trochę niebawem.

I owszem, to dzisiaj ksiażka powinna być już w księgarni..
wtorek, 12 lutego 2008
Odgrzewane kotlety, 5: Eileen, czyli o nadprodukcji sztuki
Eileen (lat 53, długie białe włosy, płonące czarne oczy, figura 25-latki) poznaliśmy, jak to bywa, przypadkiem. Przyuważyła mnie w gymie, kiedy obijałam się bez cienia wstydu: na kolanach - otwarty ostatni numer Film Comment; na maszynie - dwa śmiechu warte ciężarki o łącznej masie 20 funtów. - Tylko tyle podniesiesz? Eee, bez żartów. Na pewno możesz więcej - rzuciła z przekąsem. A kiedy, zmobilizowana jej uwagą, dorzuciłam więcej obciążenia i zaczęłam wreszcie ćwiczyć, Eileen przekartkowała mój magazyn i zapytała: - Fajny ten artykuł o Hitchcocku? Sapiąc jak parowóz, wygłosiłam kilka zdań na temat wspomnianej publikacji. Zamierzałam podtrzymać konwersację, choćbym miała to okupić zadyszką i zakwasami: w końcu nie codzień zdarza się w dzisiejszej ciemnej epoce spotkać kogoś poważnie traktującego ideał kalokagathii.
wtorek, 05 lutego 2008
Wielki Błękit, czyli GO GIANTS!
Ten niedzielny wieczór jest inny od innych, i to nie tylko dlatego, że zastaje nas na pogrążających się w gęstniejącym zmierzchu zabytkowych uliczkach Filadelfii. To SuperBowl Night: na chodnikach pełnych zwykle turystów - ani żywej duszy, z okien mieszkalnych budynków jaśnieje telewizorowa łuna, w barach od późnego popołudnia tłoczą tłumy spragnionych napitku i sportowych wrażeń. Nawet ci, co nie interesują się zupełnie sportem i nie chodzą do barów, w tę jedną noc włączają telewizor i spraszają do domu znajomych, by z nimi zasiąść na kanapach w otoczeniu chrupek, puszek z piwem i sportowych gadżetów. Zwykle największy mecz futbolowego sezonu to jedynie znakomity pretekst, by napić się, pogadać, zabawić, pomarnować trochę czasu na oglądaniu meczu i nadawanych w jego przerwie bloku reklam, najdroższych ze znanych cywilizowanemu światu. Zwykle - ale nie dziś: dzisiaj grają Giants.
środa, 16 stycznia 2008
Z nowym rokiem nowym krokiem - Eustachy odświeżony

Się narobiło! Pamiętacie, jak kiedyś pisałam o Eustace Tilley'm, którego postać zdobiła okładkę pierwszego numeru magazynu The New Yorker (i do dziś pojawia sie raz do roku na froncie jubileuszowego wydania)? Wszytsko się zmienia, więc redaktorzy TNY postanowili zafundować Eustachemu mały makeover. I zaprzęgli do tej roboty... czytelników. Nie jestem przekonana, czy do końca trafia do mnie ten pomysł (czy obrazy mistrzów Quattrocenta w Met też będziemy unowocześniać?) - ale cóż, świat idzie z postępem:

Więcej tu.

wtorek, 15 stycznia 2008
Odgrzewane kotlety, 4: Czego nie widać

Na Zachodniej 14. Ulicy, w połowie drogi między Szóstą i Piątą Aleją, zbudowano nowy, wspaniały apartamentowiec - aluminium, stal, beton i szkło. Nie jest żadnym architektonicznym fenomenem: jego chłodne, oszczędne formy nawiązują do okolicznych wieżowców z lat 30. Nie jest też ekstrawagancko wytworny - ot, portier przez całą dobę, cichobieżne windy, bezpłatna siłownia i sauna dla lokatorów, olimpijski basen w YMCA na parterze. Wszystko, czego podrośnięty nieco japiszon może chcieć za swoje ciężko zarobione na korporacyjnej posadzie pieniądze.

Nazwano go Sierra. Wynajem kawalerki w tym cudzie wyniesie zainteresowanych skromne dwa i pół tysiąca dolarów miesięcznie.

Popołudniami, jeśli zadrzeć trochę głowę, można wypatrzyć co mniej zapracowanych japiszonów, jak truchtają na swoich threadmillach, wyglądając przy tym przez okna z najwyższego piętra na południową pierzeję 14th Street. A tam, niezmiennie od ponad siedemdziesięciu lat, wznosi się paskudna, masywna jak cytadela, artdecowska siedziba Armii Zbawienia. O każdej porze koczują przed nią zawsze różni nieszczęśnicy, nie ustający w nadziei na choćby talerz zupy. Kalecy, obłąkani, czasem tylko samotni i słabi.

W porze thredmilli przed Sztabem Generalnym Salvation Army stoi zwykle przygarbiony, źle ubrany czarny człowiek z nie milknącym, świątecznym dzwoneczkiem. I ile sił w wątłej piersi krzyczy: Please, help feed the homeless.

Na najwyższym piętrze tymczasem thredmille stukają cicho, a z głośników sączy się dyskretna, rytmiczna muzyka.

niedziela, 23 grudnia 2007
Koniec wojny (jeśli zechcesz)


W moim sąsiedztwie będzie dużo świątecznych kolacji z pustym miejscem przy stole, i to nie z powodu gościa, co ma sięnagle zjawić. Znam blisko co najmniej jedną osobę, kóra będzie czekać na telefon od dawno nie widzianego brata, który kolejne święta spędza w Faludży. Jakoś gdy o tym myślę, a myślę częściej, niż bym chciała, wszystkie te prezenty, pierogi i inne dżinglebelsy, które zwykle angażują nas o tej porze roku wydają się mało istotne.
Mimo wszystko -- wesołych świąt.