| < Listopad 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Zakładki:
.
książka życzeń i zażaleń u kerownika zakładu
1. Emigranci
2. W kraju nad Wisłą
3. Poszli sobie
4. Poza konkusem
5. Nowojorskie instytucje
6. Dla oka
7. Dla ucha











Share on Facebook

Instagram
poniedziałek, 15 czerwca 2009
Muzyka w katedrze

"I'm no longer quite sure what the question is, but I do know that the answer is yes."

- Leonard Bernstein, wykład z cyklu “Unanswered Question”, Harvard, 1973

 
To była najdłuższa kolejka, jaką widziałam w życiu.
Dłuższa nawet niż te po papier toaletowy, które pamiętam z dzieciństwa. I niż te po bilety na Warszawski Festiwal Filmowy, w których wystawałam w studenckich czasach. Dłuższa niż ogonek do damskiej łazienki w sobotni wieczór w czeskim barze piwnym na Astorii.

Długi ciąg ludzi zaczynał się przy wejściu od Amsterdam Avenue i ciągnął w dół, wzdłuż kamiennego muru oddzielającego ogród od ciągle ruchliwej o tej porze dnia ulicy, od112th aż do rogu 110th Street, a potem w dół, w stronę Morningside Drive, i dalej, za zakręt, pod sam brzeg zielonej ściany parku. Było coś komicznego w tym, jak przybywaliśmy, jedni za drugimi, i niezmiennie na naszych twarzach malował się ten sam wyraz niedowierzania i zgrozy, w miarę, jak ogrom kolejki jawił się w pełnej krasie naszym osłupiałym oczom: obserwując tych, co właśnie przyszli, by ustawić się na szarym końcu, nie mieliśmy jak uciec od myśli, że ledwie przed paroma minutami na naszych obliczach gościł ten sam głupawy wyraz, który teraz wykrzywiał pyski świeżo przybyłych. Z ust kilku dystyngowanych osób wydobyło się nawet dosadne „shit!” – ale mimo oczywistego wstrząsu, jaki był ich udziałem, złorzeczący pokornie pomaszerowali na koniec ogonka. R. i ja—przybywszy dobrą godzinę przed planowanym rozpoczęciem wydarzenia, które zgromadziło pod drzwiami katedry świętego Jana Bożego tak znaczący tłumek—musieliśmy zadowolić się miejscem gdzieś w połowie długiej linii oczekujących, pomiędzy milczącą panią o wyglądzie bibliotekarki, pochylonej nad swoją książką, a parą rozgadanych niewiast, z których jedna miała wszystko za złe, a druga ciężki teutoński akcent. Kolejka poruszała się dość ospale, pozostawiając dość czasu, by kontemplować rozciągającą się za murem monumentalną bryłę katedry, w leniwym świetle gasnącego niedzielnego popołudnia.

Przyglądaliśmy się więc, z braku lepszego zajęcia, najpierw dziwaczej rzeźbie, stojącej w katedralnym ogrójcu – prawie dwudziestometrowej masie splątanych alegorycznych figur, jaka wyląc się mogła w połączonych głowach Lewisa Carolla i Hieronima Bosha. Żyrafy siedzą tu obok archanioła, krab wznosi wielkie szczypce ku sennemu słońcu, baranek śpi u boku lwa. Poważnie. Ten dziwaczny wybryk wyobraźni, nazywany Fontanną Pokoju, wyszedł spod ręki rzeźbiarza Grega Watta i stanął w parku dwadzieścia pięć temu, dla upamiętnienia dwustulecia anglikańskiej diecezji. Wzrok, zmęczony widokiem tego dziwoląga, chętnie szybuje ku nieco spokojniejszym formom: ku wysokim ścianom z szarego kamienia, jej ogromnym rozetom i fialom, i olbrzymim brązowym drzwiom, i neogotyckim rzeźbom, dłubanym z prawdziwie  benedyktyńską cierpliwością przez dwa pokolenia przednich kamieniarzy: biskupom i świętym, i ornamentalnym drobiażdżkom, pokrywającym niemal każdy dający się  ozdobić fragment elewacji. I wieżom, strzelistym i niedokończonym od ponad stulecia. Bo dodać tu trzeba, że ta wielka struktura – uchodząca za największy budynek w stylu gotyckim na świecie—naznaczona jest też wielką ironią. Niemal od momentu wmurowania kamienia węgielnego pod tę gigantyczną świątynię, w 1892 roku, budowa natrafiała na nieustające komplikacje. A to fundamenty, które spocząć miały na twardej manhattańskiej skale, zaplanowano zbyt płytko; a to a to wybuch II Wojny dramatycznie zredukował ilość siły roboczej, dostępnej na potrzeby olbrzymiej budowy; a to brak pieniędzy wstrzymał prace konstrukcyjne; a to pożar nadgryzł i zniszczył, co już zbudowano. Nic dziwnego, że nowojorczycy zowią ten wielki kościół katedrą świętego Jana Niedokończonego--niepomni w swej niecierpliwości, że wielkie katedry Starego Świata budowano czasem i przez pięćset lat.

„Niedokończony” jednak nie zawsze znaczy „niekompletny”, szczególnie zaś, gdy mowa o życiu kulturalnym i duchowym. Próżno by szukać na świecie innej niedokończonej budowli, w której wydarzyło się tyle rzeczy mądrych, ważnych i pięknych: od politycznych wystąpień przywódców takich jak Dalaj Lama, Martin Luther King i Desmont Tutu po artystyczne wydarzenia z udziałem przeróżnych luminarzy, od Duke’a Ellingtona przez piękną i straszną Diamandę Galas aż po podniebnego Philipe Petita, który był tu artystą –rezydentem.  Dwa razy do roku – w Nowy Rok i w Memorial Day – katedra otwiera podwoje dla melomanów, którzy mają okazje posłuchać za darmo swojej miejskiej orkiestry. I stąd ten tłum pod bramą, ta wielka kolejka po muzykę, w której wraz z innymi stoimy.

Kiedy w końcu udaje się wejść do środka – tuż przed ósmą wieczorem, gdy orkiestra, wyfraczona i w pełnej gotowości, zaczyna już stroić instrumenty przed mającym za moment nastąpić występem – kościół, mimo że olbrzymi, jest już pełen ludzi. Prawie dwa tysiące miejsc siedzących bez wyjątku zajęte: pozostaje więc wślizgnąć się przez boczną nawę do kaplicy Historii Amerykańskiej, przycupnąć na zimnym kamieniu nagrobnym biskupa Thomasa Manninga, zastygnąc w bezruchu – i czekać, aż się zacznie.

I zaczyna się, słodko i eterycznie, smyczkami Charlesa Ivesa, które szybują aż pod wielkie sklepienie w powietrzu tak przejrzystym, jakby stworzone zostało wyłącznie, by przenosić muzykę. Przez te niecałe pięć minut, gdy spod głównego ołtarza rozbrzmiewa The Unanswered Question, jedna z bodaj najpiękniejszych amerykańskich kompozycji, jakie kiedykolwiek napisano, prawie trzy tysiące ludzi, siedzących na niewygodnych drewnianych krzesełkach i poprzyklejanych gdzie popadnie do kamiennych murów – zastyga w bezruchu. Czas staje w miejscu i rusza dopiero wtedy, kiedy po wybrzmieniu ostatniego dźwięku muzycy podnoszą się  na chwilę z miejsc, by złożyć publiczności pierwszy tego wieczora ukłon. Dopiero się zaczęło, a już wszyscy siedzą jak zaczarowani, wiedząc, że cała ta męka – ponadgodzinne oczekiwanie w olbrzymiej kolejce, i niewygodne siedziska, i dojmujący chłód – wszystko to przestaje mieć znaczenie, jeśli tylko muzycy grają.

A grają pięknie. Najpierw słodkie Adagio Barbera, potem Vaughana Williamsa i wreszcie Messiaena, którego hermetyczny muzyczny język staje się dla mnie zrozumiały dopiero we wnętrzu takim jak to. We wnętrzu, gdzie nawet największy ateusz musi przez chwilę pomyśleć, że jest jednak na świecie coś świętego, choć może niekoniecznie tam, gdzie wskazują księża, mułłowie i rabini. Może raczej tam, w nocnej ciemności, gdzie patrzą teraz szklane źrenice figur na witrażach; tam, dokąd płyną ostatnie dźwięki koncertu, który skończył się tak nagle i tak pięknie jak się zaczął, wielką ciszą, większą niż ta, którą się słyszy w salach koncertowych po zakończonych występach. Ciemny błękit witraży gaśnie i gaśnie, w miarę jak gaśnie niebo nad nim – wielkie niebo, w którym siedzi zapewne dobrotliwy, brodaty bóg Palestriny i uśmiecha się do siebie, patrząc z góry na nas, cichych i skamieniałych od urody ostatnich, triumfalnych akordów Ascension.


czwartek, 11 czerwca 2009
Stranger than Fiction

... czyli: "Ach gdyby nawet piec zabrali..."


Pamiętacie taki film Stranger than Fiction? Owszem, tak: chodzi mi o tę dość sympatyczną, choć puszczoną w końcówce amerykańską komedię sprzed trzech lat, rozpowszechnianą w Polsce pod tytułem Przypadek Harolda Cricka. W produkcji tej Will Ferrell, grający samotnego urzędnika IRS, uświadamia sobie pewnego dnia, że jest zaledwie postacią w powieści, której pomysłodawcą i duchem sprawczym jest zupełnie ktoś inny. Epifania ta spływa na bohatera w dniu, kiedy słyszalny już od kilku dni obcy, chłodny, kobiecy głos w jego głowie, nieustannie komentujący wszystkie jego codzienne poczynania, wygłasza zdanie, które brzmi mniej więcej tak: Nie domyślał się nawet, iż ten pozornie nieznaczący akt doprowadzi go do nagłej zguby. Ot, zabawna i ładnie wystylizowana filmowa przypowieść o tym, jak życie płata ludziom figle. Wspominam jednak o niej nie po to, by zachęcać czytelników do odwiedzenia najbliższej wypożyczalni filmów, ale dlatego że chcę opowiedzieć historię, która jest prawie równie śmieszna i straszna jak ta, którą wymyślił niejaki Zach Helm na potrzeby owej hollywoodzkiej produkcji. Problem w tym, że przydarzyła się naprawdę. I przydarzyła się mnie.

*

Opowiadanie rzeczy od początku i po kolei rzadko bywa cechą wciągającej opowieści; zacznijmy więc od ładnego kadru otwierającego. Gdy pewnego wiosennego dnia pisząca te słowa stanęła w końcu w hallu pewnego biura, znajdowała się dokładnie na takim samym fabularnym rozdrożu, jak Harold Crick w wyżej opisanym filmie, i równie jak on nie domyślała się nawet, że oto wkracza na drogę pełną zaskakujących zwrotów akcji. W głowie naszej bohaterki nie odezwał się niestety żaden złowróżbny głos; ani damski, ani męski, ani po polsku, ani po angielsku. Wstyd przyznać — nawet żadna sceptyczna myśl nie przebiegła po synapsach: cały mózg szczerze Państwu oddanej K.S. był bowiem wypełniony po brzegi jednym wielkim AAAACH!, powstałego na skutek odebranych właśnie porażających danych wzrokowych. Oczy, odpowiedzialne bezpośrednio za wywołanie owego zabójczego dla procesów krytycznego myślenia AAAACH! widziały mianowicie widok, jaki rzadko bywa udziałem śmiertelników. Na wyciągnięcie ręki, dosłownie tuż za szklaną ścianą wieżowca, na niebotycznie wysokim piętrze którego się znajdowałam, rozciągała się zapierająca dech w piersiach panorama dolnego Manhattanu, jakiej nie widziałam nigdy wcześniej. Na pierwszym planie stał Woolworth Building, strzelisty i biały, w całym swoim artdecowskim splendorze. Za nim — aż po horyzont cudne biurowce ze złotego wieku drapaczy chmur, dalej Park Row i ratusz, i Brooklyn Bridge, i rzeka, jeszcze dalej budynki brooklyńskiego downtown – wszystko, wszystko, wszystko: rozłożone jak dywan, jak sen o wielkim, pięknym Mieście, nakrytym z góry jak pierzyną cienką warstwą mglistych, białych chmur. Wrażenie było tak ogromne, że przez chwilę obywatelka K.S. prawie zapomniała, po co przyszła; zapomniała tym bardziej, że osoba, z którą miała się spotkać, najwyraźniej się nie spieszyła. Siedziała więc na samym brzeżku eleganckiego, obitego skórą mebla, stanowiącego jedyne wyposażenie olbrzymiego westybulu, i gapiła się. Raz na pejzaż za oknem — raz na zamkniętą za przeciwległą szklaną ścianą biblioteką, zawierającą chyba każdy ładny album sztuce i wzornictwie przemysłowym, jaki wydano w ostatnim trzydziestoleciu. AAAACH! Z jednej strony Miasto, piękne jak malowanie – z drugiej skarby ludzkiego ducha, zamknięte w szklanym bibliotecznym terrarium, do którego, kto wie, może nawet kiedyś udałoby się wejść.

W tym miejscu, podążając tropem sprawdzonej hollywoodzkiej dramaturgii, dokonamy cięcia i wprowadzimy retrospekcję, pozwalającą widzom/czytelnikom wczuć się w sytuację emocjonalną bohaterki. Wstawmy więc w kadr planszę z napisem TRZY MIESIĄCE WCZEŚNIEJ, po której oczom śledzących przebieg wypadków ukaże się ta sama bohaterka, nieco młodsza, nieco bledsza i nieco lepiej ubrana, na tzw. dywaniku u szefostwa ówczesnego miejsca pracy. Wspomniane szefostwo informuje ją właśnie, że na skutek pogarszającej się od miesięcy globalnej rozpierduchy fynansowej jej usługi, jakkolwiek cenione wysoko, nie mogą być niestety dłużej opłacane. Bohaterka wstaje, uśmiecha się głupawo i wychodzi, udając się w tzw. siną dal, oczywiście zalaną obowiązkowym w takich wypadkach lodowatym i ulewnym deszczem. Następnie widzimy szybko montowane przebitki, prezentujące na przemian kartki spadające z kalendarza, skromne czeki nadsyłane przymierającej głodem bohaterce przez hojny urząd, reprezentujący interesy podatników Empire State, oraz bohaterkę na różnych rozmowach kwalifikacyjnych, z których konsekwentnie nic nie wynika. W końcu rozpędzony montaż zwalnia dramatycznie; dzwoni telefon, bohaterka prowadzi przez chwilę ożywioną rozmowę z niewidzialnym rozmówcą, po czym wdziewa kiecę, chwyta w dłoń torebkę i bieży, bieży, bieży jako rącza łania ku zalanemu porannym słońcem miejscu, znanemu telewidzom pod nazwą Ground Zero. Fade-out i kilka sekund pełnej tajemniczości i niepokoju muzyki w stylu Danny Elfmana.

Dziwnie — i mimo mijającego czasu trochę strasznie — jest jeździć w to miejsce, jeśli znało się je Przedtem. I dziwnie jest za każdym razem gapić się przez szpary w ogrodzeniu jak w tej wielkiej dziurze, o której zwykło się myśleć „cmentarz”, rośnie nowy, błyszczący, jędrny—i z każdym dniem w coraz bardziej oczywisty sposób strzelisty kawał miejskiego ciała. Jeszcze dziwniej jest słuchać głosów tego miejsca, wypełnionego po brzegi odgłosami budowy, dźwiękami narodzin. Kiedy człowiek idzie na ważne spotkanie z takiego miejsca, jego głowę, choćby nie chciał, przepełnia wielka nadzieja: dziwne i znikąd przychodzące przekonanie, że skoro to tutaj może się zmienić na lepsze – wszystko może jeszcze być dobrze, lepiej, piękniej i strzeliściej. I o tym właśnie myśli nasza bohaterka, wsiadając do cichobieżnej, supernowoczesnej windy, mknącej na bardzo, bardzo wysokie piętro — a następnie przekraczając progi Demonicznej Korporacji, przedstawiciel której zawezwał ją był telefonicznie na spotkanie w poprzednim ujęciu.

I znowu jesteśmy w przestronnym, wypełnionym mglisto-białym światłem hallu z pierwszej sceny, gdzie z jednej strony widok taki że AAAACH!, a z drugiej biblioteka. Nasza bohaterka nie myśli o miejscu, w którym się znalazła, ani jako o „demonicznym”, ani o „korporacji”. Zagapiona i zachwycona, budzi się jak ze snu, gdy energiczny głos wypowiada głośno jej imię. Prowadzą ją dalej, na pokoje – a tam jak w stacji kosmicznej z Odysei 2001: wszystko białe, nowoczesne i niebiańsko czyste, jakby Słynny Wizjoner, którego nazwisko stoi w nagłówku tutejszej firmowej papeterii, mozolnie dobierał kolor mebli i sprzętów do rozsnutej teraz nad dolnym Manhattanem mgły. Rozmowa z jedną zaskakująco ładną, energiczną, zadbaną osobą. Chwilę potem nieoczekiwanie rozmowa z drugą zaskakująco ładną, energiczną, zadbaną osobą. W jej trakcie za szklaną szybą ukazuje się na chwilę Słynny Wizjoner, dokładnie taki, jak na prasowych fotografiach. Błyskotliwe sformułowania. Zadowolone uśmiechy. Dobre wrażenia. Nieśmiałe nadzieje. Uściski rąk. Szybkobieżna winda w dół. Odgłosy budowy na Ground Zero. Fade-out i kilka sekund grzmiącej, optymistycznej muzyki w stylu Hansa Zimmera.

W kolejnej scenie znów dzwoni telefon, radośnie dzwoni i obiecująco. Usłyszawszy komunikat nadany z drugiej strony nasza bohaterka rozważa opcję osunięcia się na podłogę w efektownym omdleniu, ale zaraz przypomina sobie, że to XXI wiek i nie wypada, więc wydaje z siebie jedynie głośne i kompletnie zrozumiałe w bieżącym obszarze językowym „łał”. W najbliższy poniedziałek, jak jej zakomunikowano, ma stawić się z samego rana w biurze Demonicznej Korporacji, by oficjalnie dołączyć do grona jej zaskakująco ładnych, energicznych i zadbanych etatowych pracowników. Bohaterka z entuzjazmem i afirmatywnie odpowiada natychmiast na przesłaną jej formalną propozycję, zawierającą niesłychanie korzystne warunki fynansowe i zdumiewająco hojny pakiet socjalny. Oto materializuje się jej wielkie marzenie o wytęsknionej dobrej pracy, biurze na Dolnym Manhattanie; co więcej, blisko nowego biura jest nawet supermarket popularnej ( i nieprzyzwoicie drogiej) sieci PełneŻarła, oferującej w porze lunchu suto zastawiony bar sałatkowy z daniami kuchni indyjskiej. Dalej, oczywiście, ekstaza: następują trąby grające hymn narodowy na przemian z kankanem z Wesołej wdówki, toasty tudzież fajerwerki, cmoki dubeltowe i gratulacje oraz goździki prezydialne, wirujące w powietrzu fantomowe samosy, a dalej kolejny fade-out i kilka sekund grzmiącej, optymistycznej muzyki w stylu Hansa Zimmera.

To kolejny dramatyczny moment, w którym spokojny damski głos mógł był powiedzieć, że nie domyślała się nawet, iż ten pozornie nieznaczący akt i tak dalej—ale głos się nie odzywa. W kolejnej, nieco łzawej sekwencji (reżyserowanej najprawdopodobniej przez Johna Howarda) nasza bohaterka, z oczami przesłoniętymi mgłą już to udręki, już to ekstazy, przybywa do siedziby Demonicznej Korporacji celem podjęcia pracy zarobkowej — i zaraz bierze się do roboty. Natychmiast zostaje wyposażona w niezbędne akcesoria: białe służbowe biurko z białą służbową klawiaturą i myszą, przy której stawiać wolno jedynie białe służbowe kubki z kawą, przyniesione z białej służbowej kuchni—oraz biały służbowy notes, zdobny nazwiskiem Słynnego Wizjonera. Praca zaczyna się zadziwiająco niespiesznie i leniwie. Czas płynie powoli w korytarzach tak białych, jakby wypełnionych mgłą. Ludzie są mili i pomocni, choć nieco wyblakli. Kiedy tak siedzą w dwóch rzędach białego mega-kubika, wypełniającego całe wielkie biuro, są niemal przezroczyści; przez ich postacie, pochylone nad rzędami białych klawiatur, widać, jak za oknem rośnie w niebo konstrukcja przyszłej Freedom Tower. Mija dzień pierwszy. Fade-out i kilka sekund eterycznej, uduchowionej muzyki w stylu Philipa Glassa.

Kolejny kadr: znowu dzień, znowu białość, znowu udręka i ekstaza i półprzezroczyści ludzie, pochyleni nad nowymi projektami Wielkiego Wizjonera, które, gdy wcielone w życie, zrewolucjonizują po raz kolejny i ostateczny wszechświatowy rynek napojów chłodzących. Nasza bohaterka uczy się i chłonie nowość, wizjonerskość i białość —ze wszystkich sił każdą komórką ciała. Już-już ma minąć dzień drugi, uwieńczony wzniesieniem się w bielszy odcień bieli—kiedy przychodzi ktoś, bledszy od innych, i każe iść za sobą do biura kierowniczki kadr. Ta siedzi w swojej szklanej klatce, ozdobionej białą orchideą w doniczce, i jest dziwnie, nieregulaminowo czerwona na twarzy. Zaczyna mówić – a w miarę, jak mówi, orchidea w doniczce więdnie teatralnie… a nasza bohaterka razem z nią: jak się dowiadujemy, wszystkim jest niezwykle przykro, ale na skutek nieprzewidzianych okoliczności Wyższa Instancja (wedle wszelkiego prawdopodobieństwa w osobie samego Wielkiego Wizjonera) orzekła, że Demoniczna Korporacja zmuszona jest wyrzucić na zbity pysk i natychmiastowo ponad dwadzieścia pięć osób, w tym naszą świeżo zatrudnioną bohaterkę.

Tu pewnie mógłby być fade-out i kilka taktów, ja wiem, może marsza żałobnego z drugiej części Eroicy — albo informacja, że ciąg dalszy widzowie poznają w nieuchronnie przygotowywanym sequelu, wyreżyserowaniem którego zainteresował się podobno Quentin Tarantino (podobno w nakręconej już scenie Wielki Wizjoner, grany przez Tina Rotha, wije się krwawiąc u stóp naszej bohaterki – w tej roli Sarah Silverman — wyjąc „Miss Slawinski, have mercy, have mercy on me” podczas gdy ona dźga go bezlitośnie parasolką w mały palec u nogi, po czym odmaszerowuje prosto w wybuchy i pożogę, na odchodnym rzucając z ciężkim polskim akcentem „I’ll be back”– to jednak, oczywiście, wiadomość niepotwierdzona). Ale nie. Ten film nakręciło samo życie, i dlatego kończy się, jak się kończy – doskonale nijak, w najlepszym razie prześmiewczym, cyrkowym hua-hua-hua zagranym na trąbce rowerowej. Wszyscy żyją długo i normalnie. Głos z offu nie wspomina nic o tym, czegośmy w porę nie wiedzieli. Nawet napisów nie dokleili jak Bóg przykazał: no w ogóle, proszę państwa, nie wiadomo, osso chodzi. I jeśli warto było doczytać tę historię do końca – to tylko po to, by dowiedzieć się, że istnieje ten widok, opisany na samym początku bladymi słowami, które nie do końca oddają mu sprawiedliwość. Niezwykły widok, z okna na bardzo wysokim piętrze; widok tak piękny, że patrząc na niego zapomina się na moment o tym, jak strasznym, okrutnym i zimnym miastem może być Nowy Jork, kiedy człek nie ma pieniędzy.

Ps. Tego samego dnia, kiedy Wielki Wizjoner zrezygnował z usług szczerze wam oddanej autorki powyższego postu, miało miejsce wydarzenie, o którym trudno myśleć jeśli nie w kategoriach tzw. poetic justice, to chociaż zastanawiającego zbiegu okoliczności. Otóż zaprojektowany przez Wielkiego Wizjonera słynny mural DKNY, ktory przez ponad dekadę zdobił ścianę budyku przy zbiegu Broadwayu i Houston Street, został zamalowany. Została po nim, że zacytuję jednego z moich ulubionych polskich poetów, szaranagajama. Przypadek? :)

środa, 04 lutego 2009
I [Lego] NY
Piękne rzeczy lęgną się z tęsknoty. Christoph Niemann, ilustrator i współpracownik NYT i New Yorkera, po jedenstu latach wyprowadził się z Miasta i osiadł wraz z rodziną w Berlinie. Pisuje stamtąd bloga, publikowanego na stronie internetowej New York Timesa. Do tej pory nie zwracałam na ów blog specjalnej uwagi, ale od dzisiaj na pewno się to zmieni. Autor umieściłna nim bowiem dzisiaj czarujący, minimalistyczny Lego-esej, od którego stopnieje serce każdego Nowojorczyka - a już na pewno takiego, któremu zdarzyło się wyjechać i tęsknić, i odkrywać, że życie składa się z rzeczy najmniejszych, z ulotnych drobiazgów, do których przyzwyczajamy się tak, że stają się przezroczyste. Dopiero gdy ich zabraknie, odkrywamy ich niezwykłość, kontemplujemy ich esencję, mierzymy ich rozmiarem rozmiar dziurki we własnym sercu i w krajobrazie codziennego dnia.

Obejrzyjcie koniecznie, póki można. Link pod obrazkiem.


wtorek, 20 stycznia 2009
Blask
http://twitpic.com/14vir





Zdjecie zrobil znajomy fotograf, Cary Conover. Jest bardziej elokwentne od slow.




środa, 31 grudnia 2008
09
To tylko data. Umowny znaczek na kalendarzu, nagła zmiana cyferki jednej na drugą, bo tak się namówiliśmy. Coś, czego tak naprawdę, fizycznie, nie ma, choć wszyscy upierają się, ze jest. Abstrakcyjny moment w czasie, kiedy wskazówki zegara zbiegają się w najwyższym punkcie tarczy, i tylko tyle: wiedzą to dzieci i koty, odporne na szaleǹstwo noworocznego odliczania. Gdy spojrzeć uważnie na to, co wokół, nic się nie zmienia. Trwa to samo blade światlo na murze po drugiej stronie ulicy. Ten sam zapach śniegu w zimnym powietrzu. Ten sam adres, wiek, nazwisko, i kolor oczu, ta sama grupa krwi. Te same budynki w tych samych miejscach, wokół te same twarze co sekundę wczesniej. A jednak znikają rzeczy i odchodzą ludzie, niepostrzeżenie, każdego dnia—czegoś ubywa. I nagle patrzę na ten rok, co właśnie mija —i widzę korowód rzeczy utraconych.
wtorek, 23 grudnia 2008
Obowiązkowy Doroczny Wpis Okolicznościowy


Mam nadzieję, że i Wam tegoroczne święta przyniosą coś inspirującego. Wesołych, bez względu na to, które święta obchodzicie!

wtorek, 02 grudnia 2008
Odgrzewane kotlety, 9:Uptown
Dla niektórych ten kawałek miasta, powyżej 42. Ulicy po obydwu stronach parku, to esencja Manhattanu—wiadomo, Time Square, Grand Central, Rockefeller Center i inne turystyczne atrakcje. A ja nic nie poradzę, nie lubię. Każda wycieczka powyżej 34. Ulicy to raczej przykra konieczność—zwłaszcza w weekendy, kiedy ilość ludzi na ulicach każe myśleć o godzinach szczytu w Tokio.
czwartek, 27 listopada 2008
Dwie noce w Bombaju
Pierwsze, co zauważyłam, to zapach. Przedziwny, inny niż we wszystkich znanych mi miast Europy czy Ameryki; ulotny, a jednak wszechobecny zapach węgli drzewnych. Pojawił się zaraz po tym jak pierwszy haust indyjskiego powietrza wpłynął w moje płuca, kilka minut po lądowaniu na Chatrapati Shivaji International Airport. Mózg po prawie dwudziestogodzinnym locie z Nowego Jorku pracował spowolnionym, lotniskowym trybem, doskonale zrozumiałym w pełny chyba jedynie dla palaczy opium i zgubionych dzieci - więc zajęło mi dobre kilka dni wyprocesowanie informacji, którą nieznacznie sugerowały umęczone szare komórki: w kraju bardzo biednym, a takim wciąż jednak są Indie, kuchenki gazowe to rzadki luksus. Setki i tysiące ludzi wciąż przygotowują więc swoje posiłki tak, jak robili to ich przodkowie od tysiącleci, na paleniskach, ogrzewanych węglem. Stąd zapach: dymny, lekko piekący nozdrza, a jednak przyjemny zapach, który od tamtej pory stał się dla mnie zapachem Indii.
czwartek, 20 listopada 2008
*

Herr: es ist Zeit. Der Sommer war sehr groß.
Leg deinen Schatten auf die Sonnenuhren,
und auf den Fluren laß die Winde los.

Befiehl den letzten Früchten voll zu sein;
gieb ihnen noch zwei südlichere Tage,
dränge sie zur Vollendung hin und jage
die letzte Süße in den schweren Wein.

Wer jetzt kein Haus hat, baut sich keines mehr.
Wer jetzt allein ist, wird es lange bleiben,
wird wachen, lesen, lange Briefe schreiben
und wird in den Alleen hin und her
unruhig wandern, wenn die Blätter treiben.

RMR

środa, 12 listopada 2008
Berek czytelniczy
Dopadli i mnie - znaczy się, Romek dopadli - więc szybciorem odklepuję jak trzeba:
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8