| < Luty 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28          
Zakładki:
.
książka życzeń i zażaleń u kerownika zakładu
1. Emigranci
2. W kraju nad Wisłą
3. Poszli sobie
4. Poza konkusem
5. Nowojorskie instytucje
6. Dla oka
7. Dla ucha











Share on Facebook

Instagram
niedziela, 30 maja 2010
Do zobaczenia!
Mam nadzieję, że wulkany o niewymawialnych nazwach i inne czynniki naturalne nie pokrzyżują mi planów i za niewiele ponad tydzień wyląduję w Polsce. I wreszcie będę miała okazję do spotkania z tymi, którzy mieliby czas i ochotę! 19 czerwca w Parku Kultury w Powsinie (Warszawa) będę na stoisku wydawnictwa WAB w ramach Festiwalu Podróżniczego Garamthanda. Szczegóły tu i tu
czwartek, 01 kwietnia 2010
Remanent (prawie) zakończony


Wydanie II rozszerzone w księgarniach już w maju...
wtorek, 29 września 2009
Remanęt, czyli kontrolny spis towarów


Prosimy nie regulować odbiorników! Wszytko się, mam nadzieję, niedługo wyjaśni.


Fota stąd.
czwartek, 27 sierpnia 2009
Pei

Jak wiele osób ważnych moim życiu, Pei pojawiła się niespodziewanie i praktycznie znikąd; dokładniej rzecz biorąc – znalazła się z ogłoszenia. Szukałam nauczyciela fortepianu i znalazłam właśnie ją; pięknie się złożyło, że mieszka, a raczej do niedawna mieszkała, na mojej ulicy, dosłownie dwie przecznice dalej. Pierwszy raz spotkałyśmy się niecały rok temu, u niej właśnie, w maleńkim mieszkaniu, którego większy ogarnialny wzrokiem fragment już od progu zajmowało pianino.

Nikt tu nie nazywa jej Pei, choć w paszporcie pod ładnym zdjęciem figuruje to właśnie imię, nadane jej przez mieszkających w Hong Kongu rodziców. Wśród znajomych w Nowym Jorku Pei nosi inne, profesjonalne imię; ładne, owszem, ale nijak nieprzystające do jej azjatyckich rysów, a za to kojarzące się mocno z niepiękną księżniczką z modnej niedawno kreskówki – jednak tak właśnie każe się nazywać wszystkim, i tak nazywa sama siebie, kiedy dzwoni do mnie i przedstawia się, zabawnie zaokrąglając wszystkie samogłoski. Niech więc będzie. Ja jednak w myślach uporczywie nazywam ją Pei.

Przychodzę do niej raz w tygodniu, z torbą pełną nut i ogromną tremą, bo chociaż Pei jest niezmiernie cierpliwa i wyrozumiała, jest jednak także wymagająca i nieludzko dokładna: nie daje się łatwo zbyć odbębnieniem na pół gwizdka czegoś, co, jak uważa, potrafię zrobić lepiej. Obydwie doskonale wiemy, że raczej nie będę drugą Marthą Argerich, ale Pei stara się mnie zmobilizować tak, jakbym jeszcze miała kiedyś w życiu grać dla kogoś więcej niż dla moich kotów. Poprawia więc, metodycznie i bez pieszczenia się. Robi mi notatki na partyturach. Jeszcze raz – mówi. I jeszcze raz, i jeszcze raz. Jeśli jednak uda mi się zrobić coś dobrze – zauważa, pochwali, a czasem powie coś nieoczekiwanego. Jak wtedy, gdy wreszcie po tygodniach nauki udało mi się zagrać płynnie łatwiutką aranżację Opus 9, #2. O, widzę, że lubisz grać Chopina dużo bardziej niż inne rzeczy, i to słychać! – zauważyła Pei rozpromieniona. Owszem, odpowiedziałam. Playing Chopin is like coming home.
Uśmiechnęła się tylko, ale myślę, że dokładnie wie, o co mi chodziło.

Pei wie, bo Pei sama tęskni. Cała jej rodzina mieszka w Chinach; nie widuje ich często. Jest tutaj dopiero niecałe trzy lata. Iz haad – mówi, śmiesznie wymawiając tę frazę – ale mówi tak tylko czasem, gdy ma gorszy dzień, a ja nieostrożnie zapytam. Wiem, ciężko. Na początku w nowym kraju tak to już jest: nawet, kiedy jest się Pei, zaradną, mądrą Pei, która ma stałą posadę nauczycielki kantońskiego na dobrym uniwersytecie i kochającego męża, który rad by jej nieba przychylić.
(W najgłębszej tajemnicy przed nią i przed nim nazywam tego jej amerykańskiego męża Pinkertonem.)

Pei jest śliczna i wie o tym; ma drobne, niemal dziecięce rysy i rozbrajający uśmiech, o wiele młodszy od swojej (niestarej przecież) metryki. Pięknie wychodzi na zdjęciach i chętnie pozuje do nich, szczególnie zaś, gdy fotografuje się ją w blasku świateł, w kostiumie i scenicznym makijażu. Najpiękniejszej rzeczy, którą ma Pei, nie widać na zdjęciach - bo to jej głos, doskonale wyszkolony w jednym z najlepszych azjatyckich konserwatoriów. Sopran. Może nie wyjątkowo wielki głos, ale pewny, jasny i dźwięczny jak dzwonek.

Pei – która występowała w kilku całkeims porych produkcjach - próbuje sprzedać ten swój głos. Chodzi więc na niekończące się próby i przesłuchania, z których zwykle wraca smutna: bo owszem, producenci wsłuchują się w jej głos, gratulują i komplementują… a potem przychodzi kierownik castingu i mówi: Ty, ty i ty – i z długiej kolejki wybierają trzy blondynki, bynajmniej nie obdarzone dużo lepszymi niż Pei głosami. Iz haad.

Może dlatego właśnie Pei tak przepada za Puccinim. Kocha go nie tak, jak się kocha dawno umarłego kompozytora melodramatycznych oper--ale tak, jak kocha się kogoś, kto wśród tłumu obojętnych lub nieżyczliwych ludzi jako jedyny widzi od pierwszego spojrzenia, co w nas najlepsze. Wiadomo przecież, za co go tak kocha: za Madame. Za tę wspaniałą partię, którą zna doskonale i pewnie ciągle ma nadzieję jeszcze kiedyś zaśpiewać.
Czasami, w te dobre dni, które zdarzają się czasami, udaje mi się ją namówić, by zaśpiewała coś dla mnie. Jeśli to naprawdę, naprawdę dobry dzień -- Pei staje na środku pokoju jak na scenie i zaczyna śpiewać Un bel dì vedremo, z pasją i z nadzieją, jakby spodziewała się zaraz na falach Lower New York Bay zobaczyć biały okręt, o którym mowa w arii. Wrzask cykad za oknem nagle cichnie jak ucięty nożem – a my obydwie - i ona, i ja – na chwilę wracamy do domu.

 

czwartek, 20 sierpnia 2009
Czego nie widzą turyści, 1

Arcyciekawy krótki dokument, któego autorem jest Shawn Joswick - oryginalnie dostępny tu.



czwartek, 23 lipca 2009
Nagi burmistrz?
Poniekąd małe postscriptum do notki o turystach - jedna z największych turystycznych atrakcji Times Square zamierza ubiegać się o fotel burmistrza Nowego Jorku! Myślę, że Mike Bloomberg bedzie miał spore problemy ze zwycięstwem w kategorii prezentacji w kostiumach kąpielowych, ale poza tym jakos jestem spokojna o rezultaty... No ale jaki apetyczny spot wyborczy - zobaczcie sami.


czwartek, 16 lipca 2009
Diamenty są wieczne
Tym razem do lektury odsyłam tu - a przy okazji dziękuję nieocenionej Kakofonii za konsultację przy redagowaniu tego artykułu.



foto: Underwood & Underwood, Corbis via TP
piątek, 10 lipca 2009
W Central Parku dziś wieczorem
Jeśli się pospieszycie i dobiegniecie do Sceny Letniej w ciągu najbliższego kwadransa, zdążycie jeszcze na występ absolutnie niesamowitego muzyka z chasydzkiego Crown Heighs. A dla tych, co jak ja, nie zdążam, na pocieszenie klip z jutubki i słowa do podśpiewywania tu. Nie wiem już, kiedy się tak wzruszałam przy jakiejś piosence. Może dlatego, że ostatnio rzadko ktoś z kręgu tzw. muzyki pop przypomina mi, że kiedyś, u zarania cywilizacji, muzyka i modlitwa leżały dużo bliżej siebie.


środa, 08 lipca 2009
Próba orkiestry
Czasami dobrze jest być bezrobotnym; w końcu tylko staruszkowie i osoby bez stałego zatrudnienia mają czas w środę albo czwartek rano, kiedy odbywają się otwarte próby Nowojorskich Filharmoników. Wczesnym rankiem więc, przed dziesiątą, kiedy produktywna część populacji gna do fabryki, ja pomykam do Lincoln Center, by patrzeć i słuchać, jak inni pracują. Na wpół dopiero rozbudzona trochę nieumiejętnie próbuję wmieszać się w tłum siwowłosych pan i panów, formujących zgrabny ogonek przy wejściu na ruchome schody, prowadzące na główny parkiet; tłoczno tu i łatwo się zgubić, ale jasne włosy towarzyszącej nam Mi., rozwiane jak chorągiew sygnałowa, pozwalają utrzymać właściwy kierunek marszu. Orkiestra schodzi się powoli, pstrokata w cywilnych ubraniach; kolejni muzycy zajmują miejsca, stroją instrumenty, przegrywają jeszcze trudniejsze partie zaplanowanych na dzisiaj utworów przez przybyciem reszty kolegów. Siadam i ja; taniutki bilet wystarcza, by zając miejsce niespełna dziesięć metrów od orkiestry. Może nie jest tak odświętnie jak bywa na wieczornych koncertach, kiedy fraki orkiestry i przyćmione światła dają do zrozumienia, że stanie się coś niezwykłego – ale jestem rozemocjonowana chyba bardziej niż kiedykolwiek; czuję się, jakby wpuszczono mnie do kuchni wielkiego kuchmistrza, albo do malarskiego warsztatu, gdzie dane mi będzie widzieć i słyszeć rzeczy, których nie słyszy zwykle publiczność. Kręcę się niecierpliwie, próbując otrząsnąć resztki senności. Chudy Vivek spóźnia się skandalicznie, ale jest wreszcie, jest: w fiołkowych pepegach, z altówką i smyczkiem, jak trzeba. Już wszyscy przyszli, czekają tylko na dyrygenta. Kakofonia narastających odgłosów orkiestry jest to zgiełk sklepu z instrumentami, w którym wszyscy klienci naraz próbują przetestować każdy z dostępnych produktów. Zaraz się zacznie. Zaraz. Jeszcze tylko obój powie A, zaszumią dostrajane w ostatniej chwili struny – i to już. Już.
piątek, 03 lipca 2009
Letnia uwertura
Już za momencik będzie dużo o muzyce i muzykowaniu,więc - zbierając siły - na razie dzielę się jednym z najnowszych odkryć. Na tym koncercie niestey nie bylam, a ogromnie żaluję.


1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8