Zakładki:
.
książka życzeń i zażaleń u kerownika zakładu
1. Emigranci
2. W kraju nad Wisłą
3. Poszli sobie
4. Poza konkusem
5. Nowojorskie instytucje
6. Dla oka
7. Dla ucha
Tagi
Share on Facebook |
niedziela, 16 października 2011
piątek, 03 czerwca 2011
sobota, 23 października 2010
Adagietto
Jeślibym kiedyś była tak zamożna, by móc mieszkać, gdzie tylko zechcę –w dowolnym zakątku Miasta, choćby nawet w najbardziej ekskluzywnym sąsiedztwie, w najbardziej obłędnych luksusach – nie mam wątpliwości, co bym wybrała: pokoik z dwoma wysokimi, łukowato zwieńczonymi oknami, na samym szczycie masywnego budynku z czerwonej cegły na rogu 7th Avenue i 57th Street. Okolica przykra – bo tłum, ruch i hałas, zieleni ani na lekarstwo; widok niepiękny, i sam budynek z zewnątrz niepiękny – zwłaszcza teraz, kiedy cała fasada od strony 57th pokryta rusztowaniami – ale i tak nie znam lepszego miejsca. Bo co to by była za frajda, codziennie patrzeć na gęstniejący wieczorami tłum na rogu i móc w każdej chwili zbiec po schodach i dołączyć do nich – do ludzi, spieszących na koncert w Carnegie Hall. Tłum pod drzwiami jest zawsze, przed każdym koncertem; nawet dzisiaj, mimo, że to dopiero jedenasta rano, pora, o której większość bywalców dopiero budzi się do życia. Senne jeszcze, schowane przed lodowatym październikowym wiatrem za połami pięknych trenczy i kaszmirowych szali kulturalne towarzystwo wlewa się leniwie za przeszklone drzwi, do hallu wyłożonego jasnym marmurem, gdzie odźwierni w liberiach i bileterzy w czerwonych uniformach strzegą podwojów najsłynniejszej sali koncertowej świata. Już za bileterami całkiem inny świat, inna pora dnia, a może nawet inna era: wnętrze nieznacznie rozświetlone miodowym, ciepłym światłem, kandelabry, złocenia i czerwony aksamit – wszystko od progu buduje nastrój z innego czasu, z innej, mniej nerwowej, mniej pospiesznej, mniej przesiąkniętej blichtrem epoki. Na parterze szemrają w kuluarach eleganckie starsze panie i panowie; większość z nich ma miejsca na parterze, tuż przy orkiestrze. Przyćmione światła. Przytłumione głosy. Pachnie drogimi perfumami i dziewiętnastym wiekiem. Na ścianach korytarza wiodącego do kawiarni wiszą oprawne w proste, eleganckie ramy autografy: Rachmaninow, Dworzak, Boulez, Bernstein… Między balladą Petera Seehera a fragmentem z bodaj American Berzerk Johna Adamsa bardzo pożółkła kartka papieru nutowego, zapisana czyjąś nerwową ręką, niecierpliwie gryzmolącą nuty bardzo grubym, chyba stolarskim ołówkiem: na ramie mosiężna tabliczka, z której można się dowiedzieć, że te neurasteniczne nuty rozrzucone po pięcioliniach to fragment szkicu do Zwycięstwa Wellingtona, a bazgroły wyszły spod ręki Ludwiga van Beethovena. Jakaś parka przede mną – nobliwi, w średnim wieku – zatrzymuje się przed autografem i stoi przez nienormalnie długą jak na dzisiejsze standardy chwilę, milcząco kiwając głowami. Czas na salę: przede mną nieskończenie długa wspinaczka nieskończenie długimi schodami. Windy są, owszem, ale o każdej porze szczelnie wypełnione gromadkami eleganckich starszych państwa; toteż młodsza lub bardziej niecierpliwa publika – zwłaszcza ta z biletami na najwyższe dwa piętra – zwykle gramoli się po schodach. Nieznaczna zadyszka, z jaką zwykle docierają na właściwy poziom, niezmiennie – i jakże słusznie! – przypomina o konieczności powrotu do zbyt często zaniedbywanego dziś ideału kalokghatii. Na szczęście w tej sali nie ma złych miejsc; wszystko wspaniale widać i słychać nawet z tych na samym końcu, w ostatnim rzędzie u szczytu górnego balkonu, gdzie jest stromo jak na górskiej perci i gdzie każde spojrzenie w dół przyprawia o zawroty głowy. Na szczęście dziś nie muszę wędrować tak wysoko. Dziwny i ciekawy to tłumek, ci ludzie, którzy jak ja przyszli tu, by zacząć dzień z Mahlerem. Wypomadowani dandysi, piękni i przybywający pod dwóch, miękkim krokiem. Piękne młode Azjatki o wiotkich ramionach, zwykle u boku dużo starszych mężczyzn. Zasuszone dziedziczki zapomnianych fortun, drobnymi, ostrożnymi kroczkami sunące ku swoim lożom na pierwszym piętrze. Samotni mężczyźni w garniturach z szarej flaneli, w mahlerowksich okularach w cieniutkiej drucianej oprawie, zwisających na czubkach dumnych mahlerowskich nosów. Ruchliwa i hałaśliwa wycieczka z jakiejś szkoły średniej, wlewająca się ciżbą na parter, zajmująca każde wolne miejsce wokół srebrnogłowych wysepek, uformowanych z grupek eleganckich starszych państwa. W półmroku widowni pobłyskują tu i tam sine ekrany telefonów. Gong, ostatnie niecierpliwe wędrówki wśród wyłożonych aksamitem foteli, ostatnie cichnące szepty; zaraz potem drzwi po lewej stronie sceny uchylają się: najpierw nieznacznie, potem szerzej – i wychodzą zza nich muzycy petersburskiej orkiestry Teatru Marijnskiego. Młodzi, wielu młodych. Smukli trębacze. Piękne skrzypaczki. Eteryczny timpanista. Przystojna wiolonczelistka. Siadają; obój mówi im „A” i w chwilę później są gotowi na przybycie swojego dyrygenta. Drzwi znowu otwierają się i, gorąco oklaskiwany, wychodzi z nich Walerij Abisalowicz. Dziennikarze okrzyknęli go „dzikim człowiekiem muzyki poważnej” – ale kiedy maestro Giergijew stoi przed swoją orkiestrą, nie widać w nim dzikości. Jest zwinny i prosty jak trzcina, skupiony; jego gesty są na początku tak subtelne, tak nieznaczne, że aż dziw, że orkiestra w ogóle je dostrzega. Tylko niesamowicie długie i białe palce prawej dłoni, wzniesionej na wysokość twarzy, trzepoczą nieustannie, z niemal kolibrzą szybkością – jakby na końcu każdego z nich zaczepiona była niewidoczna nitka, za którą ostrożnie, leciuteńko będzie wyciągał ze swoich muzyków kolejne nuty Piątej. Zaczyna się pięknie i pewnie; nie każda orkiestra miałaby odwagę grać Mahlera w Nowym Jorku tej samej publiczności, która niespełna dwa tygodnie temu na tej samej sali oklaskiwała legendarnych Wiedeńczyków – ale ci muzycy to pierwsza światowa liga i słychać to od pierwszych taktów. Płyną miękko i z wielką elegancją przez pierwsze dwie części; potem zaczyna się Scherzo, publiczność kiwa się leciutko w fotelach w rytmie tanecznego tematu – aż nagle, niespodziewanie nawet dla tych, co znają tę długą i burzliwą symfonię na pamięć, nadchodzi ten moment, gdy wszystko przycicha jak po burzy, a ze sceny dobiega tylko cichuteńkie, niematerialne skrzypcowe pizzicato. Siedzący koło mnie ponury człowiek o wyglądzie mordercy z niskobudżetowego japońskiego filmu z osłupiałą miną odkłożył na kolana program: teraz już było jasne, że zdarzy się coś niezwykłego. A przecież wiedzieliśmy, co będzie dalej: jak informuje program, teraz część czwarta, w F-dur, instrumentacja na harfę i smyczki, czas wykonania około dwunastu minut. Słyszałam to słynne Adagietto dziesiątki razy – z płyt i na koncertach, z filmowych soudtracków: wydawało mi się, że niczym mnie już nie może zaskoczyc ten eteryczny, nieskończenie tęskny i słodki motyw, który jakimś cudem uniknął jeszcze fatalnego losu ilustracji dźwiękowej do łzawego romansidła – lub, co gorsza, do reklamówki śmietanki do kawy. Myślałam, że jest ckliwy; myślałam, że mnie nie rusza. Ale kiedy smyczki i harfa Mariinskiego zagrały, zaśpiewały po rosyjsku – coś się stało. Coś, czego nie zapomnę. Coś, czego wspomnienie do teraz ściska za gardło. Czas stanął w miejscu, wypełniając się wspomnieniem wszystkich dobrych rzeczy, jakie kiedykolwiek mnie spotkały, wszystkich pięknych snów, wszystkich nadziei, wszystkich tęsknot. Nie wiem, ile dokładnie to trwało; na pewno za krótko. Wiem tyle, że słyszałam doskonale, jak w momencie, gdy wybrzmiewał ostatni, niematerialny, eteryczny dźwięk – prawie trzy tysiące ludzi zebranych w Perelman Auditiorium wstrzymało oddech. Dalej był, jak nietrudno zgadnąć, finał, wspaniały, i brawa, masa braw – i uradowani trębacze, szczęśliwe skrzypaczki, i maestro kłaniający się ze swoim kocim wdziękiem, który trochę przypomina mi Karajana. I koniec, i długi spacer schodami w dół, i ostre światło październikowego dnia za drzwiami. I wiem już, dlaczego tak rzadko grywa się taką muzykę w środku dnia. To naprawdę nieznośne, musieć wyjść i iść z głową pełną takiej muzyki nie w ciszę i ciemność – ale w miejski młyn, w nieznośny cyrk, jakim w dzień jest Midtown, w uliczną przepychankę, w gwar rozmów o niczym, w natrętny muzak na ruchomych schodach. Tym bardziej boli świadomość, że to była chwila, jaka zdarza się raz na milion chwil, i teraz przyjdzie tęsknić za nią przez całą długą zimę, a może dłużej – nadaremnie próbując znów zawędrować w miejsce, gdzie brzmi zawieszona w bezczasie ostatnia nuta Adagietto.
niedziela, 30 maja 2010
Do zobaczenia!
Mam nadzieję, że wulkany o niewymawialnych nazwach i inne czynniki naturalne nie pokrzyżują mi planów i za niewiele ponad tydzień wyląduję w Polsce. I wreszcie będę miała okazję do spotkania z tymi, którzy mieliby czas i ochotę! 19 czerwca w Parku Kultury w Powsinie (Warszawa) będę na stoisku wydawnictwa WAB w ramach Festiwalu Podróżniczego Garamthanda. Szczegóły tu i tu.
czwartek, 01 kwietnia 2010
wtorek, 29 września 2009
czwartek, 27 sierpnia 2009
Pei
Jak wiele osób ważnych
moim życiu, Pei pojawiła się niespodziewanie i praktycznie znikąd; dokładniej rzecz
biorąc – znalazła się z ogłoszenia. Szukałam nauczyciela fortepianu i znalazłam właśnie ją; pięknie
się złożyło, że mieszka, a raczej do niedawna mieszkała, na mojej ulicy,
dosłownie dwie przecznice dalej. Pierwszy raz spotkałyśmy się niecały rok temu,
u niej właśnie, w maleńkim mieszkaniu, którego większy ogarnialny wzrokiem fragment
już od progu zajmowało pianino. Nikt tu nie nazywa
jej Pei, choć w paszporcie pod ładnym zdjęciem figuruje to właśnie imię, nadane
jej przez mieszkających w Hong Kongu rodziców. Wśród znajomych w Nowym Jorku
Pei nosi inne, profesjonalne imię; ładne, owszem, ale nijak nieprzystające do
jej azjatyckich rysów, a za to kojarzące się mocno z niepiękną księżniczką z
modnej niedawno kreskówki – jednak tak właśnie każe się nazywać wszystkim, i tak
nazywa sama siebie, kiedy dzwoni do mnie i przedstawia się, zabawnie zaokrąglając
wszystkie samogłoski. Niech więc będzie. Ja jednak w myślach uporczywie nazywam
ją Pei. Przychodzę do
niej raz w tygodniu, z torbą pełną nut i ogromną tremą, bo chociaż Pei jest niezmiernie
cierpliwa i wyrozumiała, jest jednak także wymagająca i nieludzko dokładna: nie
daje się łatwo zbyć odbębnieniem na pół gwizdka czegoś, co, jak uważa, potrafię
zrobić lepiej. Obydwie doskonale wiemy, że raczej nie będę drugą Marthą
Argerich, ale Pei stara się mnie zmobilizować tak, jakbym jeszcze miała kiedyś
w życiu grać dla kogoś więcej niż dla moich kotów. Poprawia więc, metodycznie i
bez pieszczenia się. Robi mi notatki na partyturach. Jeszcze raz – mówi. I jeszcze raz, i jeszcze raz. Jeśli jednak uda
mi się zrobić coś dobrze – zauważa, pochwali, a czasem powie coś
nieoczekiwanego. Jak wtedy, gdy wreszcie po tygodniach nauki udało mi się zagrać
płynnie łatwiutką aranżację Opus 9, #2.
O, widzę, że lubisz grać Chopina dużo bardziej
niż inne rzeczy, i to słychać! – zauważyła Pei rozpromieniona. Owszem, odpowiedziałam.
Playing Chopin is like coming home. Pei wie, bo Pei
sama tęskni. Cała jej rodzina mieszka w Chinach; nie widuje ich często. Jest
tutaj dopiero niecałe trzy lata. Iz haad
– mówi, śmiesznie wymawiając tę frazę – ale mówi tak tylko czasem, gdy ma gorszy
dzień, a ja nieostrożnie zapytam. Wiem, ciężko. Na początku w nowym kraju tak
to już jest: nawet, kiedy jest się Pei, zaradną, mądrą Pei, która ma stałą posadę
nauczycielki kantońskiego na dobrym uniwersytecie i kochającego męża, który rad
by jej nieba przychylić. Pei jest
śliczna i wie o tym; ma drobne, niemal dziecięce rysy i rozbrajający uśmiech, o
wiele młodszy od swojej (niestarej przecież) metryki. Pięknie wychodzi na
zdjęciach i chętnie pozuje do nich, szczególnie zaś, gdy fotografuje się ją w
blasku świateł, w kostiumie i scenicznym makijażu. Najpiękniejszej rzeczy,
którą ma Pei, nie widać na zdjęciach - bo to jej głos, doskonale wyszkolony w jednym
z najlepszych azjatyckich konserwatoriów. Sopran. Może nie wyjątkowo wielki
głos, ale pewny, jasny i dźwięczny jak dzwonek. Pei – która występowała
w kilku całkeims porych produkcjach - próbuje sprzedać ten swój głos. Chodzi więc
na niekończące się próby i przesłuchania, z których zwykle wraca smutna: bo
owszem, producenci wsłuchują się w jej głos, gratulują i komplementują… a potem
przychodzi kierownik castingu i mówi: Ty,
ty i ty – i z długiej kolejki wybierają trzy blondynki, bynajmniej nie
obdarzone dużo lepszymi niż Pei głosami. Iz
haad. Może dlatego właśnie
Pei tak przepada za Puccinim. Kocha go nie tak, jak się kocha dawno umarłego kompozytora
melodramatycznych oper--ale tak, jak kocha się kogoś, kto wśród tłumu
obojętnych lub nieżyczliwych ludzi jako jedyny widzi od pierwszego spojrzenia,
co w nas najlepsze. Wiadomo przecież, za co go tak kocha: za Madame. Za tę wspaniałą partię, którą
zna doskonale i pewnie ciągle ma nadzieję jeszcze kiedyś zaśpiewać.
czwartek, 20 sierpnia 2009
czwartek, 23 lipca 2009
Nagi burmistrz?
Poniekąd małe postscriptum do notki o turystach - jedna z największych turystycznych atrakcji Times Square zamierza ubiegać się o fotel burmistrza Nowego Jorku! Myślę, że Mike Bloomberg bedzie miał spore problemy ze zwycięstwem w kategorii prezentacji w kostiumach kąpielowych, ale poza tym jakos jestem spokojna o rezultaty... No ale jaki apetyczny spot wyborczy - zobaczcie sami.
czwartek, 16 lipca 2009
| ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||