Share on Facebook

Instagram
Blog > Komentarze do wpisu
Adagietto

Jeślibym kiedyś była tak zamożna, by móc mieszkać, gdzie tylko zechcę –w dowolnym zakątku Miasta, choćby nawet w najbardziej ekskluzywnym sąsiedztwie, w najbardziej obłędnych luksusach – nie mam wątpliwości, co bym wybrała: pokoik z dwoma wysokimi, łukowato zwieńczonymi oknami, na samym szczycie masywnego budynku z czerwonej cegły na rogu 7th Avenue i 57th Street. Okolica przykra – bo tłum, ruch i hałas, zieleni ani na lekarstwo; widok niepiękny, i sam budynek z zewnątrz niepiękny – zwłaszcza teraz, kiedy cała fasada od strony 57th pokryta rusztowaniami – ale i tak nie znam lepszego miejsca. Bo co to by była za frajda, codziennie patrzeć na gęstniejący wieczorami tłum na rogu i móc w każdej chwili zbiec po schodach i dołączyć do nich – do ludzi, spieszących na koncert w Carnegie Hall.

Tłum pod drzwiami jest zawsze, przed każdym koncertem; nawet dzisiaj, mimo, że to dopiero jedenasta rano, pora, o której większość bywalców dopiero budzi się do życia. Senne jeszcze, schowane przed lodowatym październikowym wiatrem za połami pięknych trenczy i kaszmirowych szali kulturalne towarzystwo wlewa się leniwie za przeszklone drzwi, do hallu wyłożonego jasnym marmurem, gdzie odźwierni w liberiach i bileterzy w czerwonych uniformach strzegą podwojów najsłynniejszej sali koncertowej świata.

Już za bileterami całkiem inny świat, inna pora dnia, a może nawet inna era: wnętrze nieznacznie rozświetlone miodowym, ciepłym światłem, kandelabry, złocenia i czerwony aksamit – wszystko od progu buduje nastrój z innego czasu, z innej, mniej nerwowej, mniej pospiesznej, mniej przesiąkniętej blichtrem epoki. Na parterze szemrają w kuluarach eleganckie starsze panie i panowie; większość z nich ma miejsca na parterze, tuż przy orkiestrze. Przyćmione światła. Przytłumione głosy. Pachnie drogimi perfumami i dziewiętnastym wiekiem.

Na ścianach korytarza wiodącego do kawiarni wiszą oprawne w proste, eleganckie ramy autografy: Rachmaninow, Dworzak, Boulez, Bernstein… Między balladą Petera Seehera a fragmentem z bodaj American Berzerk Johna Adamsa bardzo pożółkła kartka papieru nutowego, zapisana czyjąś nerwową ręką, niecierpliwie gryzmolącą nuty bardzo grubym, chyba stolarskim ołówkiem: na ramie mosiężna tabliczka, z której można się dowiedzieć, że te neurasteniczne nuty rozrzucone po pięcioliniach to fragment szkicu do Zwycięstwa Wellingtona, a bazgroły wyszły spod ręki Ludwiga van Beethovena. Jakaś parka przede mną – nobliwi, w średnim wieku – zatrzymuje się przed autografem i stoi przez nienormalnie długą jak na dzisiejsze standardy chwilę, milcząco kiwając głowami.

Czas na salę: przede mną nieskończenie długa wspinaczka nieskończenie długimi schodami. Windy są, owszem, ale o każdej porze szczelnie wypełnione gromadkami eleganckich starszych państwa; toteż młodsza lub bardziej niecierpliwa publika – zwłaszcza ta z biletami na najwyższe dwa piętra – zwykle gramoli się po schodach. Nieznaczna zadyszka, z jaką zwykle docierają na właściwy poziom, niezmiennie – i jakże słusznie! – przypomina o konieczności powrotu do zbyt często zaniedbywanego dziś ideału kalokghatii.

Na szczęście w tej sali nie ma złych miejsc; wszystko wspaniale widać i słychać nawet z tych na samym końcu, w ostatnim rzędzie u szczytu górnego balkonu, gdzie jest stromo jak na górskiej perci i gdzie każde spojrzenie w dół przyprawia o zawroty głowy. Na szczęście dziś nie muszę wędrować tak wysoko.

Dziwny i ciekawy to tłumek, ci ludzie, którzy jak ja przyszli tu, by zacząć dzień z Mahlerem. Wypomadowani dandysi, piękni i przybywający pod dwóch, miękkim krokiem. Piękne młode Azjatki o wiotkich ramionach, zwykle u boku dużo starszych mężczyzn. Zasuszone dziedziczki zapomnianych fortun, drobnymi, ostrożnymi kroczkami sunące ku swoim lożom na pierwszym piętrze. Samotni mężczyźni w garniturach z szarej flaneli, w mahlerowksich okularach w cieniutkiej drucianej oprawie, zwisających na czubkach dumnych mahlerowskich nosów. Ruchliwa i hałaśliwa wycieczka z jakiejś szkoły średniej, wlewająca się ciżbą na parter, zajmująca każde wolne miejsce wokół srebrnogłowych wysepek, uformowanych z grupek eleganckich starszych państwa. W półmroku widowni pobłyskują tu i tam sine ekrany telefonów.

Gong, ostatnie niecierpliwe wędrówki wśród wyłożonych aksamitem foteli, ostatnie cichnące szepty; zaraz potem drzwi po lewej stronie sceny uchylają się: najpierw nieznacznie, potem szerzej – i wychodzą zza nich muzycy petersburskiej orkiestry Teatru Marijnskiego. Młodzi, wielu młodych. Smukli trębacze. Piękne skrzypaczki. Eteryczny timpanista. Przystojna wiolonczelistka. Siadają; obój mówi im „A” i w chwilę później są gotowi na przybycie swojego dyrygenta. Drzwi znowu otwierają się i, gorąco oklaskiwany, wychodzi z nich Walerij Abisalowicz.

Dziennikarze okrzyknęli go „dzikim człowiekiem muzyki poważnej” – ale kiedy maestro Giergijew stoi przed swoją orkiestrą, nie widać w nim dzikości. Jest zwinny i prosty jak trzcina, skupiony; jego gesty są na początku tak subtelne, tak nieznaczne, że aż dziw, że orkiestra w ogóle je dostrzega. Tylko niesamowicie długie i białe palce prawej dłoni, wzniesionej na wysokość twarzy, trzepoczą nieustannie, z niemal kolibrzą szybkością – jakby na końcu każdego z nich zaczepiona była niewidoczna nitka, za którą ostrożnie, leciuteńko będzie wyciągał ze swoich muzyków kolejne nuty Piątej.

Zaczyna się pięknie i pewnie; nie każda orkiestra miałaby odwagę grać Mahlera w Nowym Jorku tej samej publiczności, która niespełna dwa tygodnie temu na tej samej sali oklaskiwała legendarnych Wiedeńczyków – ale ci muzycy to pierwsza światowa liga i słychać to od pierwszych taktów. Płyną miękko i z wielką elegancją przez pierwsze dwie części; potem zaczyna się Scherzo, publiczność kiwa się leciutko w fotelach w rytmie tanecznego tematu – aż nagle, niespodziewanie nawet dla tych, co znają tę długą i burzliwą symfonię na pamięć, nadchodzi ten moment, gdy wszystko przycicha jak po burzy, a ze sceny dobiega tylko cichuteńkie, niematerialne skrzypcowe  pizzicato. Siedzący koło mnie ponury człowiek o wyglądzie mordercy z niskobudżetowego japońskiego filmu z osłupiałą miną odkłożył na kolana program: teraz już było jasne, że zdarzy się coś niezwykłego.

A przecież wiedzieliśmy, co będzie dalej: jak informuje program, teraz część czwarta, w F-dur, instrumentacja na harfę i smyczki, czas wykonania około dwunastu minut. Słyszałam to słynne Adagietto dziesiątki razy – z płyt i na koncertach, z filmowych soudtracków: wydawało mi się, że niczym mnie  już nie może zaskoczyc  ten eteryczny, nieskończenie tęskny i słodki motyw, który jakimś cudem uniknął jeszcze fatalnego losu ilustracji dźwiękowej do łzawego romansidła – lub, co gorsza, do reklamówki śmietanki do kawy. Myślałam, że jest ckliwy; myślałam, że mnie nie rusza. Ale kiedy smyczki i harfa Mariinskiego zagrały, zaśpiewały po rosyjsku – coś się stało. Coś, czego nie zapomnę. Coś, czego wspomnienie do teraz ściska za gardło. Czas stanął w miejscu, wypełniając się wspomnieniem wszystkich dobrych rzeczy, jakie kiedykolwiek mnie spotkały, wszystkich pięknych snów, wszystkich nadziei, wszystkich tęsknot. Nie wiem, ile dokładnie to trwało; na pewno za krótko. Wiem tyle, że słyszałam doskonale, jak w momencie, gdy wybrzmiewał ostatni, niematerialny, eteryczny dźwięk – prawie trzy tysiące ludzi zebranych w Perelman Auditiorium wstrzymało oddech.

Dalej był, jak nietrudno zgadnąć, finał, wspaniały, i brawa, masa braw – i uradowani trębacze, szczęśliwe skrzypaczki, i maestro kłaniający się ze swoim kocim wdziękiem, który trochę przypomina mi Karajana. I koniec, i długi spacer schodami w dół, i ostre światło październikowego dnia za drzwiami. I wiem już, dlaczego tak rzadko grywa się taką muzykę w środku dnia. To naprawdę nieznośne, musieć wyjść i iść z głową pełną takiej muzyki nie w ciszę i ciemność – ale w miejski młyn, w nieznośny cyrk, jakim w dzień jest Midtown, w uliczną przepychankę, w gwar rozmów o niczym, w natrętny muzak na ruchomych schodach. Tym bardziej boli świadomość, że to była chwila, jaka zdarza się raz na milion chwil, i teraz przyjdzie tęsknić za nią przez całą długą zimę, a może dłużej – nadaremnie próbując znów zawędrować w miejsce, gdzie brzmi zawieszona w bezczasie ostatnia nuta Adagietto.



sobota, 23 października 2010, bigapple1

Polecane wpisy

  • Pavane for Dead Princess

    It is considered a minor, lesser kind of love, the one that wehave for our animals. Some may say it is but a fancy, born out of surpluscomfort, overabundance an

  • A Movie Night, the Night After

    Normal 0 false false false EN-GB X-NONE X-NONE

  • Parę słów o przeprowadzkach

    Ogromnie mi się podoba "przeprowadzkowy" cykl , kóry publikuje na swoim blogu Ania "Magamara" Ready - więc tym bardziej mi miło, że Autorka

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
tranikowa
2010/10/23 08:51:17
wydalo mi sie zabawne to, ze napisalas- gdybysmy byli tak zamozni ...- to nadal bys chciala mieszkac w NY, a nie gdzies, w dowolnym zakatku swiata. jestes prawdziwa patriotka ;)
pozdrawiam
-
2010/10/23 10:35:58
jak dobrze, ze wreszcie. jestes.
-
joe255
2010/10/23 13:01:46
:-) notak- wiem co to za magia- tak sugestywnie piszesz
-
Gość: , 78.131.239.*
2010/10/26 16:24:06
Nowy Jork i muzyka, muzyka i Nowy Jork - to dwie Twoje miłości (nie licząc Męża)...
Nie ominę Carnegie Hall podczas kolejnego pobytu w City, obym tylko nie trafiła na przerwę wakacyjną. Podzielę się wrażeniami ... może nie tak pięknymi słowami, które brzmią jak muzyka.
Dziękuje za cudowny opis tego wydarzenia!
-
2010/10/26 22:07:52
czytajac jakbym sie przeniosl w przestrzeni i czasie, bardziej moze nawet do atmosfery niz do konkretnych detali.
pozdro m
-
2010/10/27 01:47:06
Dobrze, że jesteś. Dziwnie tak przez pół roku było...
-
pharlap
2010/10/27 02:03:23
Witam po dalekiej podróży i dziękuję za tak nastrojowy powrót.
-
Gość: b., zapiski, *.home.aster.pl
2010/12/03 10:29:51
o Boże, jak pięknie to napisałaś! i nareszcie wróciłaś, no.
-
jezw
2011/01/04 17:52:51
zazdroszcze! chcialbym tam kiedys pojsc. moze uda sie jak bede nastepnym razem w nowym jorku
-
franc_z_francji
2012/03/11 19:31:51
Ciekawy wpis, dobrze napisane ;)
-
Gość: Małgorzata, *.ip.abpl.pl
2012/12/09 04:57:16
Emocjonalnie strasznie...dlatego odpisuję..Może Ty mnie poszukaj.."malgorzatalub48" na YT, albo napisz...no tak...ale tu lepiej nic nie pisać..
Napisz.....
-
Gość: Speed Test, 82.102.19.*
2018/07/25 09:54:20
Sat24, Sat 24
Pogoda, Prognoza pogody
US National Forecast
Weather Forecast
Wetter, Wettervorhersage, Wetterbericht
Meteo, Previsioni Meteo Italia
Météo France
United Kingdom Weather
Clima de Espana
Väder
Australia Weather
Canada Weather
Vr
Vejr
Clima


Clima
Wetter
Weer
New Zealand Weather
Ireland Weather

Test prędkości internetu
Speedtest, Speed Test
DSL Geschwindigkeit testen
Test di velocit Internet
Test de velocidad
Test de vitesse Internet