|
Share on Facebook |
Blog > Komentarze do wpisu
Pei
Jak wiele osób ważnych
moim życiu, Pei pojawiła się niespodziewanie i praktycznie znikąd; dokładniej rzecz
biorąc – znalazła się z ogłoszenia. Szukałam nauczyciela fortepianu i znalazłam właśnie ją; pięknie
się złożyło, że mieszka, a raczej do niedawna mieszkała, na mojej ulicy,
dosłownie dwie przecznice dalej. Pierwszy raz spotkałyśmy się niecały rok temu,
u niej właśnie, w maleńkim mieszkaniu, którego większy ogarnialny wzrokiem fragment
już od progu zajmowało pianino. Nikt tu nie nazywa
jej Pei, choć w paszporcie pod ładnym zdjęciem figuruje to właśnie imię, nadane
jej przez mieszkających w Hong Kongu rodziców. Wśród znajomych w Nowym Jorku
Pei nosi inne, profesjonalne imię; ładne, owszem, ale nijak nieprzystające do
jej azjatyckich rysów, a za to kojarzące się mocno z niepiękną księżniczką z
modnej niedawno kreskówki – jednak tak właśnie każe się nazywać wszystkim, i tak
nazywa sama siebie, kiedy dzwoni do mnie i przedstawia się, zabawnie zaokrąglając
wszystkie samogłoski. Niech więc będzie. Ja jednak w myślach uporczywie nazywam
ją Pei. Przychodzę do
niej raz w tygodniu, z torbą pełną nut i ogromną tremą, bo chociaż Pei jest niezmiernie
cierpliwa i wyrozumiała, jest jednak także wymagająca i nieludzko dokładna: nie
daje się łatwo zbyć odbębnieniem na pół gwizdka czegoś, co, jak uważa, potrafię
zrobić lepiej. Obydwie doskonale wiemy, że raczej nie będę drugą Marthą
Argerich, ale Pei stara się mnie zmobilizować tak, jakbym jeszcze miała kiedyś
w życiu grać dla kogoś więcej niż dla moich kotów. Poprawia więc, metodycznie i
bez pieszczenia się. Robi mi notatki na partyturach. Jeszcze raz – mówi. I jeszcze raz, i jeszcze raz. Jeśli jednak uda
mi się zrobić coś dobrze – zauważa, pochwali, a czasem powie coś
nieoczekiwanego. Jak wtedy, gdy wreszcie po tygodniach nauki udało mi się zagrać
płynnie łatwiutką aranżację Opus 9, #2.
O, widzę, że lubisz grać Chopina dużo bardziej
niż inne rzeczy, i to słychać! – zauważyła Pei rozpromieniona. Owszem, odpowiedziałam.
Playing Chopin is like coming home. Pei wie, bo Pei
sama tęskni. Cała jej rodzina mieszka w Chinach; nie widuje ich często. Jest
tutaj dopiero niecałe trzy lata. Iz haad
– mówi, śmiesznie wymawiając tę frazę – ale mówi tak tylko czasem, gdy ma gorszy
dzień, a ja nieostrożnie zapytam. Wiem, ciężko. Na początku w nowym kraju tak
to już jest: nawet, kiedy jest się Pei, zaradną, mądrą Pei, która ma stałą posadę
nauczycielki kantońskiego na dobrym uniwersytecie i kochającego męża, który rad
by jej nieba przychylić. Pei jest
śliczna i wie o tym; ma drobne, niemal dziecięce rysy i rozbrajający uśmiech, o
wiele młodszy od swojej (niestarej przecież) metryki. Pięknie wychodzi na
zdjęciach i chętnie pozuje do nich, szczególnie zaś, gdy fotografuje się ją w
blasku świateł, w kostiumie i scenicznym makijażu. Najpiękniejszej rzeczy,
którą ma Pei, nie widać na zdjęciach - bo to jej głos, doskonale wyszkolony w jednym
z najlepszych azjatyckich konserwatoriów. Sopran. Może nie wyjątkowo wielki
głos, ale pewny, jasny i dźwięczny jak dzwonek. Pei – która występowała
w kilku całkeims porych produkcjach - próbuje sprzedać ten swój głos. Chodzi więc
na niekończące się próby i przesłuchania, z których zwykle wraca smutna: bo
owszem, producenci wsłuchują się w jej głos, gratulują i komplementują… a potem
przychodzi kierownik castingu i mówi: Ty,
ty i ty – i z długiej kolejki wybierają trzy blondynki, bynajmniej nie
obdarzone dużo lepszymi niż Pei głosami. Iz
haad. Może dlatego właśnie
Pei tak przepada za Puccinim. Kocha go nie tak, jak się kocha dawno umarłego kompozytora
melodramatycznych oper--ale tak, jak kocha się kogoś, kto wśród tłumu
obojętnych lub nieżyczliwych ludzi jako jedyny widzi od pierwszego spojrzenia,
co w nas najlepsze. Wiadomo przecież, za co go tak kocha: za Madame. Za tę wspaniałą partię, którą
zna doskonale i pewnie ciągle ma nadzieję jeszcze kiedyś zaśpiewać. czwartek, 27 sierpnia 2009, bigapple1
TrackBack
Komentarze
anetacuse
2009/08/27 12:33:21
Pięknie napisane... Ech, przypomina mi o moich zarzuconych marzeniach. Parę miesięcy temu sprzedałam swoje pianino, gdyż doszłam do smutnego wniosku, że już raczej na nim nie zagram. A kupiłam specjalnie po to, aby powrócić do podjętej wiele lat temu w Polsce nauki. Cóż, może na emeryturze ;). A Tobie życzę sukcesów, Pei też :).
2009/08/27 16:20:53
A najbardziej z wszystkiego spodobały mi się te "całkeims pory produkcje". Wiem, że to niezamierzona literówka, ale wyszło cudnie i rozczulająco. Dobra byłaby nazwa na label produkujący klezmer:
"całkeims pory production" Czasem przypadkowo okruchy układają się w piękne wzory. 2009/08/27 17:12:34
anetacuse - dzieki... a co do twojego fortepianienia, to pei mawia: "it's never too late to add musci to your life".
tentelemach - no dobra, nie poprawiam! :) 2009/09/02 17:15:54
Wspaniala opowiesc! Lubie w Twoich tekstach wlasnie te niuanse osobiste, dyskretnie przemycane kilka zdan o czyjejsc prywatnosci, jakbym podgladala czyjes zycie przez dziurke od klucza, gotowa w kazdej chwili uskoczyc na bok... Trzymam kciuki, by Tobie granie sprawialo coraz wiecej przyjemnosci i bys osiagala sukcesy na skale swoich oczekiwan, i aby Pei udalo sie osiagnac satysfakcje, by znalazl sie ktos, kto doceni jej glos i ja sama.
2009/09/05 21:15:30
Ach, też kiedyś grałem ten nokturn! Rany, jak bardzo chciałbym mieć czas, pianino i nauczyciela. Wprawdzie na fortepianie grałem dodatkowo ale ostatecznie chyba lubiłem go odrobinkę bardziej od mojego instrumentu głównego. Zazdroszczę i podziwiam. I pozdrawiam ciepło, cieplutko, bo tu okropnie. Dżdżyście i zimno, pachnie mi już jesienią.
Gość: ida, 94.254.165.10*
2009/09/12 11:46:13
moim pierwszym utworem chopina był ten sam nokturn!!!! :)
a stare pianino stoi w salonie i czeka na nastrojenie... przydałby mi się taki mentor jak Pei. życzę powodzenia i cierpliwości w ćwiczeniach! |