Share on Facebook

Instagram
Blog > Komentarze do wpisu
Odgrzewane kotlety, 7: Sombunall
Jeden z moich ulubionych Amerykanów, nieodżałowanej pamięci pisarz Robert Anton Wilson w którejś ze swoich książek boleje nad faktem, że przy całej elastyczności żywego języka, przy jego niesamowitej umiejętności znajdywania określeń dla nowych zjawisk, uczuć, przedmiotów - brak jest w języku angielskim (jak i w każdym innym, którego choćby podstawową znajomość kiedykolwiek posiadłam) słowa oznaczającego "niektórzy, ale nie wszyscy". Poradziliśmy sobie jako ludzkość z określeniami dla technologii, o jakich nie śniło się naszym pradziadkom; dla zjawisk, które jeszcze sto, dwieście lat temu kwalifikowano jako czarną magię. Jednak jakoś bez względu na zdumiewające osiągnięcia cywilizacyjne, ciągle tkwimy w niezmiennym nawyku wrzucania wszystkich bliźnich, zależacych do dającego się łatwo zdefiniować podzbioru, do jednego wora. R.A. Wilson wymyślił słowo "sombunall", hipotetyczny przymiotnik, którego upowszechnienie wpłynęłoby zapewne znakomicie na stosunki ludzko-ludzkie, przynajmniej w obszarze języka angielskiego. I co? I nic. Przymiotnik jakoś się nie przyjął.

Jeden z moich ulubionych Amerykanów, nieodżałowanej pamięci pisarz Robert Anton Wilson w którejś ze swoich książek boleje nad faktem, że przy całej elastyczności żywego języka, przy jego niesamowitej umiejętności znajdywania określeń dla nowych zjawisk, uczuć, przedmiotów - brak jest w języku angielskim (jak i w każdym innym, którego choćby podstawową znajomość kiedykolwiek posiadłam) słowa oznaczającego "niektórzy, ale nie wszyscy". Poradziliśmy sobie jako ludzkość z określeniami dla technologii, o jakich nie śniło się naszym pradziadkom; dla zjawisk, które jeszcze sto, dwieście lat temu kwalifikowano jako czarną magię. Jednak jakoś bez względu na zdumiewające osiągnięcia cywilizacyjne, ciągle tkwimy w niezmiennym nawyku wrzucania wszystkich bliźnich, zależacych do dającego się łatwo zdefiniować podzbioru, do jednego wora. R.A. Wilson wymyślił słowo "sombunall", hipotetyczny przymiotnik, którego upowszechnienie wpłynęłoby zapewne znakomicie na stosunki ludzko-ludzkie, przynajmniej w obszarze języka angielskiego.
I co? I nic. Przymiotnik jakoś się nie przyjął.

To (mimo najlepszych intencji) nieco pokraczne słówko przypomniało mi się w trakcie lektury niektórych blogowych wynurzeń rodaków na obczyźnie. Ciekawe, jak naturalnym odruchem wśród większości naszego rodzaju - nawet skądinąd bystrych, racjonalnie myślących ludzi! - jest magiczne zwalanie irytujących wad bliźnich na ich narodowość czy kolor skóry. Bez uogólnień, rzecz jasna, poznanie i opisanie świata jest niemożliwe, ale czy naprawdę muszą to być AŻ TAKIE uproszczenia? Zastanawia mnie też, czy fakt pochodzenia z kraju, gdzie wszyscy - prawie wszyscy - są biali, mówią tym samym językiem i wyznają tę samą religię, utrudnia jakoś wyrwanie się z tego?

Wychowano mnie w niezwykle tolerancyjnym, liberalnym domu, z którego wyniosłam przekonanie, że wszyscy ludzie zasługują na taki sam szacunek, a ich postępowanie powinno być oceniane wyłącznie na podstawie indywidualnych kryteriów.
Po dwóch miesiącach w Ameryce zaczęłam wygłaszać teksty tak zapiekle rasistowskie, że pogrobowcy Ku Klux Klanu zapewne ufundowaliby mi stypendium, gdyby je słyszeli.
Po trzech miesiącach zaczęłam się wstydzić takich tekstów. I wstydzę się do tej pory.

Nie przyjechałaś do tej samej Ameryki, w której ja się urodziłem. Teraz jest lepiej - mówi jeden znajomy, typowy baby boomer, niepoprawny idealista, człowiek, który był przy tym, jak równouprawnienie z trudem torowało sobie drogę przez ten kraj i który sam uczestniczył w niezliczonych marszach, protestach, wiecach i tak dalej. Fakt: nawet w liberalnym NYC para, jakich ostatnio widuję coraz więcej - biała dziewczyna i czarny chłopak - jeszcze całkiem niedawno nie miałaby szans na przeżycie, więc jest jakiś postęp. Ale faktem jest także, że i on, dwadzieścia lat starszy ode mnie, i ja, przyjezdna z małego, jednolitego etnicznie kraju - zaliczamy się do typowych, nowojorskich pięknoduchów, którzy mają masę pięknych idei w głowie - ale nie mają żadnych, ŻADNYCH czarnych czy latynoskich przyjaciół, którzy bywaliby w ich domach. Podobnie, jak większość wykształconych, zamożnych Czarnych - lekarzy, prawników, dziennikarzy, artystów - nie ma białych przyjaciół, którzy bywaliby w ich domach.

Cudowne miejsce, ten Nowy Jork - mówi z gorzkim uśmiechem nasz księgowy, uroczy stary Żyd, obdarzony fantastycznym, cierpkim poczuciem humoru. - Taka tu różnorodność! Można długo wybierać, kogo chce się nienawidzić...

Nie potrafię nic mądrego dodać w tym miejscu. Mądrzejsi ode mnie nie znają rozwiązań, nie umieją nawet wprost sformułować problemu, nie mając przy tym uczucia... klęski. Nawet Miłosz, na którego liczyłam, że - wychodząc z podobnego co ja punktu, a będąc bez porównania lepszym analitykiem i bystrzejszym obserwatorem - wyjaśni mi coś w swoich amerykańskich esejach, nie wyjaśnił mi nic. Pogubiłam się nawet w tych nielicznych wnioskach, jakie wydawało mi się, że wyciągnęłam z doświadczenia życia między ludźmi różnych ras, języków i kolorów.

Może prócz jednego. Może pochlebiam sobie, ale mam nadzieję, że nauczyłam się ostatecznie wyróżniać jedynie narody ludzi grzecznych i chamów, rasy mądrych i głupich. Wierzę też jakoś tam w potęgę nazw i magię słów: mam nadzieję, że może nie za mojego życia, ale sombunall jednak się przyjmie. Chciałabym też równie mocno wierzyć, że jedyną wspólną ojczyzną tych, których warto nienawidzić, jest niezmierne - i niestety ciągle trzymające się mocno - terytorium Głupoty.

czwartek, 17 lipca 2008, bigapple1

Polecane wpisy

  • Odgrzewane kotlety, 9:Uptown

    Dla niektórych ten kawałek miasta, powyżej 42. Ulicy po obydwu stronach parku, to esencja Manhattanu—wiadomo, Time Square, Grand Central, Rockefeller Cent

  • Odgrzewane kotlety, 8: Małe kina

    Gałczyński miał rację: nie ma jak małe kina, w rozterce i w udręce. Normal 0 MicrosoftInternetExplorer4 <!-- /* Font Definitions

  • Odgrzewane kotlety, 6: Radio Wolny Njujork

    Odgrzewam ten fragment, bo właśnie wczoraj wydazryły się dwie rzeczy ważne dla mojej ukochanej stacji - Brian Lehrer został wyróżniony prestiżową nagrodą Peabod

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
Gość: embe, *.internetdsl.tpnet.pl
2008/07/17 08:23:40
Święte, mądre słowa. Jest mi lżej na sercu i duszy, kiedy czytam takie teksty. Teksty bardzo mi bliskie, takie jakie sama chciałabym napisać.
-
Gość: ds, *.opcac2p.asso.fr
2008/07/17 10:29:33
Podpisuję się pod tym w całej rozciągłości. Dla mnie szokiem w Paryżu była obserwacja, że w klasie kilkuletnich dzieci na jakiejś wycieczce te kolorowe trzymają się razem. Przypadek? Chyba jednak nie, bo widziałam to parokrotnie (po pierwszym szoku specjalnie zwracałam uwagę)
-
Gość: kuba1900, 98.144.4.*
2008/07/17 20:31:41
A czy "some" nie znaczy wlasnie "niektorzy - ale nie wszyscy? Some people are allergic to fish - niektorzy ludzie maja alergie na ryby (ale nie wszyscy). Jak sadzisz?
-
2008/07/18 03:41:06
kuba - oczywiscie masz racje, ale RAWowi przyswiecala idea podkreslenia owej wylacznosci az do przesady, stad takie napietrzenie zaprzeczeni wykluczen.

mialam nadzieje, ze - neizaleznie od uniwersalnosci pewnych problemow - ktos moze roziwnie mysl w nawiazaniu do ostatniej afery okladkowej , ale widze, ze sprawa jakos przeszla bokiem?...
-
2008/07/18 13:11:54
A ja z zupelnie innej beczki. Bawiac w Polsce kupilam sobie wlasnie Twoja ksiazke. Dotychczas moglam tylko czytac przed monitorem. A teraz zabieram do lozka i przed snem wedruje ulicami NY. Dziekuje serdecznie. Pozdrawiam.
-
2008/07/19 01:48:54
Jeśli tylko jeden nie to już nie wszyscy. Fakt.
Ale owa większość (bez tego jednego) rzuca się w oczy.
Zamieszkałam przez moment w dzielnicy zdecydowanie kolorowej (i nie tylko o kolor skóry chodzi).
Moi sąsiedzi połowę swojego dobytku trzymali na wspólnym korytarzu, zostawiali drzwi otwarte do swoich mieszkań więc całymi dniami przymusowo wysłuchiwałam rytmów, które nie były moimi ulubionymi, zostawiali tygodniami śmieci w workach pod drzwiami...
Wyniosłam się.
Moja dzielnica jest sterylna. Jest mi tu lepiej.
Im beze mnie też?
Inny nie znaczy ani lepszy ani gorszy.
Tylko INNY, ale przeciwieństwa nie zawsze się przyciągają, jak widać.
-
kakofonia
2008/07/20 15:54:31
Pozdrów tego Księgowego. Wspaniałe poczucie humoru.

Ciekawa jestem tego Twojego NY. Może sobie też znajdę kogoś do nienawidzenia...
-
raindogshow
2008/07/22 11:23:15
Gratuluję sukcesu wydawniczego! Hm, no i teraz moge powiedzie, że znam kogoś sławnego :-)
Pozdrawia Rain
-
2008/07/23 00:05:09
,
-
2008/07/23 00:08:40
Mieszkam od paru lat w NY i zgadzam sie co do tego, ze "sombunall" z nas ma tu wiele postepowych i liberalnych pogladow, ale tak naprawde nie przejawia sie to w zyciu codziennym, vide brak znajomych z innych ras. Czesto zadaje sobie pytanie dlaczego tak jest, i czy w glebi oby jednak nie jestem odrobine rasistka, czy poprostu nie stykajac sie tak naprawde z ludzmi innych ras w pracy etc. nie mam okazji nawiazac znajomosci?
-
2008/07/25 16:35:22
uruska, a co ci wlasciwie przeszkadza, ich narodowosc czy halas? bo to dwie rozne rzeczy i mimo wszytsko nie sa nierozerwalnei zwiazane ze soba. chociaz oczywiscie w pewien sposob rozumiem, o czym mowisz: wystraczy pojechac np. do sunset park na brooklynie w cieply dzien, zeby wiedziec, ze mieszkanie tam wiaze sie z koniecznoscia umilowania salsy i mambo, granych baaardzo, bardzo glosno....

rain - dzieki, nie wiem,czy to rzeczywiscie az taki sukces, ale zawsze mi milo :)

kakofonia - a jak ci w duzym japcu bylo, opowiesz?

ipkowa - ciagle sie nad tym zastanawiam i ciagle nie mam 100% pewnosci,z czego to wynika. poza tym, ze zmiany, wymagajace przeprogramowania mozgow duzej ilosci ludzi, wymagaja czase frustrujaco duzo czasu. co mnie przeraza jezcz ebardziej niz rasizm w miejscach, gdzie duze i zroznicowane spolecznosci musza sie jaks dogadac, to rasizm w takich miejscach jak polska, gdzie kazdy Inny jest sensacja na dzielnicy, bo statystycznie wszyscy dookola sa zwykle bialymi katolikami. i najdziwniejsze, ze widze ten rasizm, zwykle nawet nei dokonca uswiadomiony, nie u typw kiboli - ale u wyksztalconych, skadinad kulturalnych ludzi, ktorzy przyejzdzaja z polski do NYC na wakacje. ktosd ma pomysl, skad sie to bierze???
-
2008/07/28 18:09:59
bigapple1 - mnie sie czasami wydaje ze im wiecej dana zbiorowosc (narod/spoleczenstwo/grupa etc) ma kompleksow, tym bardziej bedzie sie zle wyrazac o innych zbiorowosciach. jesli chodzi o rasim wsrod ludzi o jednorodnym tle rasowym i religijnym to wydaje mi sie ze byc moze tez strach przed nieznanym moze wchodzic w gre: cale zycie znaja tylko jeden model i nie sa w stanie przyjac ze inne modele tez istnieja i zupelnie dobrze (lub o zgrozo lepiej!) funcjonuja, bo wowczas burzy im sie ideal i slusznosc swojego modelu. ?