Share on Facebook

Instagram
Blog > Komentarze do wpisu
Odgrzewane kotlety, 6: Radio Wolny Njujork
Odgrzewam ten fragment, bo właśnie wczoraj wydazryły się dwie rzeczy ważne dla mojej ukochanej stacji - Brian Lehrer został wyróżniony prestiżową nagrodą Peabody, a rozgłośnia po wielu latach urzędowania w Municipal Building zasiedliła nową siedzibę przy Varick Street. Gratulacje!
Nie sądziłam, że jeszcze kiedyś znajdę takie radio. Niekomercyjne, inteligentne, dowcipne, ambitne i codziennie zaskakujące czymś ciekawym - jak kiedyś tamto radio, z którym dorastałam: polska Trójka z czasów całopłytowych sesji muzycznych Piotra Kaczkowskiego, kongenialnego Nie tylko dla orłów Manna -- a przede wszystkim znakomitego, dociekliwego i mądrego dziennikarstwa. Do dziś pamiętam dźwięki z tamtego radia - dżingle z popołudniowych audycji "Zapraszamy do Trójki" (zwłaszcza ten zwiastujący muzyczne premiery - trrratam-trrratam-trrratam! z płyty Drama Yesów - ciekawe, czy jeszcze tego używają?), głos Niedźwiedzia i Kaczkowskiego... I masę śmiesznych dziwności, przypadkowych urywków: dziewczynę, co - kiedy ogłoszono wiadomość o rozpadzie zespołu Perfect- zadzwoniła z płaczem, ze ona nie wierzy, i że niemożliwe, bo ona kocha Perfect; pierwsze w Polskim radiu reklamówki, propagujące... spożywanie jabłek (Mówiła mi wróżka, żebym jadł jabłuszka, a ja nie słuchałem wróżki - i mam krzywe nóżki!). Nade wszystko wspominam szargające nerwy zmagania z moim pierwszym, szpulowym magnetofonem marki Grundig, na którym nagrywałam z radia płyty Marillion i Dead Can Dance: trzeba było wstrzelić się w dwusekundową przerwę między zapowiedzią a muzyką, a tu człowiek cały drżał z niecierpliwości, z palcem zdrętwiałym od przytrzymywania upartego guzika 'record'...


Co tu dużo gadać: Trójka mnie wychowała, i odpowiedzialna jest przynajmniej w części za mój gust, tak muzyczny, jak i ten dotyczący radiowego dziennikarstwa. Doceniłam ówczesny kunszt twórców tamtego programu dopiero wiele lat po tym, jak Program III zaczął już swój nieuchronny pochód ku komercjalizacji - a ja pracowałam dorywczo jako DJ w ostatniej chyba w Warszawie małej, w miarę niezależnej rozgłośni. Wszystko tam robiło się na żywo - i w swojej króciuteńkiej karierze dochodzącej prezenterki zaznałam i czarownych, i koszmarnych konsekwencji tego faktu. Czasami spontanicznie rozmowa z gościem w studiu robiła się tak fascynująca, że aż szkoda było robić przerwę na muzykę; innym razem ginęła bez śladu jedyna dyskietka z montowanym przez całą noc nagraniem, albo ktoś w realizatorni niechcący usiadł na małym, czerwonym guziku, wyłączającym calutką konsoletę, skutecznie wykopując cała rozgośnię z eteru na długie trzy minuty... Ach, to były piękne czasy - ludzie wtedy mieli jeszcze ochotę słuchać radia, w którym mówi się o kulturze i sztuce, puszcza niesztampową muzykę, rozmawia z ludźmi na poziomie. Zanim zaczęły się playlisty, kretyńskie, wrzaskliwe reklamy, pyskówki i niezliczone klony Britney Spears.

Krótko po przyjeździe skonstatowałam, że radio w NYC w większości po prostu nie nadaje się do słuchania. Nie licząc dosłownie dwóch lub trzech stacji - jak na przykład nie istniejąca już chyba mała niezależna rozłośnia, nadajaca z Fortnum University, której z R. zawdzięczamy zapoznanie się z dorobkiem fenomenalnej Ani Difranco - wszystko to taka sama sieczka: rap/ulizany classic rock, potem reklamy, kretyńskie konkursy, zachowawcze i głupawo podane wiadomości, znowu reklamy, znowu rap/ulizany classic rock. Nawet najbardziej odporni taksówkarze nie są w stanie przez cały dzień słuchać takich rzeczy.

Mój szef - który lubi, jak mu coś brzęczy koło ucha przez cały dzień pracy - wdrożył mnie do lokalnej rozgłośni nadającej muzykę klasyczną. Przez ponad rok karmił mnie Mahlerem, Copelandem i Dvorzakiem od wczesnych godzin porannych; z tamtych czasów wyniosłam jako takie osłuchanie w nowych nagraniach znanych utworów klasycznych oraz trwały uraz do opery jako takiej, ze szczególnie bolesnym wskazaniem na Wagnera. Jakieś dwa czy trzy lata temu jednak zaczął przełączać odbiornik na coś zupełnie innego: nie znane mi wcześniej talk radio - program gadany - ale bynajmniej nie taki, jaki się zwykle w Stanach z tym określeniem kojarzy. Początkowo puszczałam głosy dochodzące z głośnika mimo uszu, ale któregoś dnia zaintrygował mnie fenomenalnie prowadzony poranny blok aktualności: do prowadzącego dzwonili słuchacze i nad podziw mądrze wypowiadali się na jakiś bieżący temat. Rok musiał być 2001 albo coś koło tego: moment, w którym w eterze dominowała całkowita histeria i klimat polowania na czarownice. Prowadzący - mężczyzna o miękkim, równym głosie człowieka, który potrafi kompetentnie prowadzić rzeczową dyskusję z każdym i na każdy temat - moderował rozmowę z taktem i inteligencją, jakiej na darmo dzisiaj szukać u dziennikarzy pracujących w mediach, i to po dowolnej stronie Atlantyku. Na calusieńkie dwie godziny zamieniłam się w słuch.
Mężczyzna przedstawił się pod koniec audycji jako Brian Lehrer - a ja z miejsca wiedziałam, że oto właśnie pojawiła się w moim życiu największa radiowa miłość od czasu Kaczora.
Tak to po raz pierwszy w życiu wysłuchałam audycji nowojorskiej rozgłośni
WNYC.

Dzisiaj słucham ich codziennie, od rana do późnego popołudnia, pomstując na klientów, którzy potrafią bezmyślnie zadzwonić w trakcie jakiegoś wyjątkowo pasjonującego segmentu. A co mnie obchodzą poprawki do tekstu jakiejś publikacji, kiedy ja tu mam Leonarda Lopate'a, rozmawiającego z Laurie Anderson! Albo czemu miałabym dyskutować na temat nakładu ich cholernej broszury, kiedy słyszę fantastyczną Terry Gross w trakcie pasjonującego, prześmiesznego wywiadu z Johnem Watersem!?

Słucham, bo to jedyne tutaj radio, które istnieje, by mówić do Nowojoczyków: ludzi ciekawych wydarzeń politycznych, głodnych nowinek kulturalnych i ze smakiem podanych lokalnych nowinek, którymi to Miasto karmi się z taką lubością. Słucham, bo prezenterzy WNYC to ogromne, niepowtarzalne osobowości, których czar, humor, klasa i niesamowita wiedza wzbudza najwyższy - i w pełni zasłużony - podziw. Ich głosy kojarzą mi się z niezliczonymi wydarzeniami w życiu tego Miasta i tego kraju, które rozgrywały się na moich oczach - a których nikt inny nie umiał z takim zaangażowaniem opowiedzieć i mądrze skomentować. Ich niezmordowana intelektualna ciekawość zapładnia i napędza moją własną. Ich gust - co z radością przyznaję - wpływa na mój: gdyby nie oni, nie miałabym pojęcia o połowie cudownych, inspirujących, a tak ulotnych zjawisk, których co chwila masa pojawia się w NYC. Byłabym ślepia, głucha i głupia.

Słucham, bo to jedyne miejsce, gdzie znaleźć można co rano serwis informacyjny BBC World, z perspektywy którego świat nie wygląda, jakby jego pępkiem było Crawford, Texas. Słucham, bo ta rozgłośnia traktuje mnie jak człowieka inteligentnego, który potrafi sam wyciągać wnioski i kształtować sobie opinie, słuchając przedstawicieli obydwu stron każdej debaty - a ponadto nie włącza radia po to, by słuchać ofert kupna samochodu albo proszku do prania.

Nade wszystko jednak słucham dlatego, że radio WNYC, ta unikalna nowojorska instytucja, nie należy do nikogo poza sobą samą: ani do władz miasta, jak inne rozgłośnie ogólnokrajowej sieci NPR - ani do żadnej firmy czy osoby. Dwa lata temu, bo wielkiej kampanii zbierania funduszy na ten cel, WNYC wykupiło się od władz Nowego Jorku i powołało fundację, której jedynym celem jest wspieranie i rozwój działalności stacji. Głównym (pokrywającym ponad połowę budżetu stacji) źródłem finansowania całej tej wyjątkowej instytucji są dobrowolne datki od słuchaczy. Owszem, to jest możliwe i działa całkiem sprawnie: słuchacze płacą rozgłośni co łaska - od 60 do grubych tysięcy dolarów, ile kto ma i może. I to nie dlatego, że ktoś ich zagania pod groźbą kary do uiszczania obowiązkowych abonamentów, ale dlatego, że podoba im się takie radio i zależy im na tym, by istniało ono nadal.

To jeden z fenomenów, które nie przestają mnie w tym Mieście zadziwiać. Okazuje się, że nawet w pędzącym co dzień przez ulice Manhattanu na pełnych obrotach bezlitosnym, wolnorynkowym kapitalizmie nie jest konieczne wsparcie państwa jakiś bzdurny status "narodowej instytucji kultury", by istniała i rokwitała niezwykle profesjonalna, niewiarygodnie ambitna rozgośnia, zdolna utrzymać się bez sprzedaży reklam i bez podlizywania się możnym tego świata - a emitująca program, którego opis zjeżyłby wszystkie włosy na głowie marketingowcom z dowolnej komercyjnej stacji: długie, wnikliwe wywiady z poetami i artystami, rzeczowe i pozbawione demagogicznych pyskówek rozmowy z politykami z prawa i z lewa, muzykę w wykonaniu Bang on the Can All Stars czy Wiener Philharmoniker oraz recenzje z książek bez dialogów i obrazków albo niskobudżetowych, zagranicznych filmów.

Słucham, jak uroczy John Schaefer (który czasem, przy rozmowach z dowcipnymi gośćmi, śmieje się tak głośno i tak zaraźliwie, że mimo woli zaczynam chichotać razem z nim) rozmawia z Philem Kleinem, autorem ślicznych, ale i gorzko-ironicznych piosenek do niesławnych "poematów" Donalda Rumsfelda - i zastanawiam się jak wyglądałaby dzisiaj taka na przykład Radiostacja, gdyby oddać ją... no właśnie, komu? Ludziom, którzy wierzyli, że warto robić mądre, profesjonalne media, nie goniące za kasą i sensacją, nie schlebiające płaskim, niskim gustom? Przecież są w Polsce tacy ludzie: sama znam co najmniej paru. Czy byliby skłonni płacić z własnej nieprzymuszonej woli te sto czy dwieście złotych rocznie, by mieć niezależne, inteligentne, kompetentne radio, którego naprawdę chcieliby słuchać? Dwie stówki, złotych polskich.Tyle mniej więcej kosztuje mnie moje radio: instytucja, którą co rok wspieram, bo chcę - bo nie wyobrażam już sobie życia bez niej. Bo nawet, jeśli dochodzi do tak drastycznych wyborów - bardziej, niż kolejna para butów czy obiad w modnej knajpie potrzebny mi jest czyjś mądry, opanowany głos. Głos, który - jeśli tak zechcę - poprowadzi mnie przez ciemność ignorancji, plątaninę oficjalnych półprawd i całych kłamstw oraz najstraszniejszą z wszystkiego - szarą, klejącą papkę wszechobecnej, lepkiej bylejakości.

środa, 18 czerwca 2008, bigapple1

Polecane wpisy

  • Odgrzewane kotlety, 9:Uptown

    Dla niektórych ten kawałek miasta, powyżej 42. Ulicy po obydwu stronach parku, to esencja Manhattanu—wiadomo, Time Square, Grand Central, Rockefeller Cent

  • Odgrzewane kotlety, 8: Małe kina

    Gałczyński miał rację: nie ma jak małe kina, w rozterce i w udręce. Normal 0 MicrosoftInternetExplorer4 <!-- /* Font Definitions

  • Odgrzewane kotlety, 7: Sombunall

    Jeden z moich ulubionych Amerykanów, nieodżałowanej pamięci pisarz Robert Anton Wilson w którejś ze swoich książek boleje nad faktem, że przy całej elastycznośc

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2008/06/18 17:12:53
dla mnie najwieksza wartosc stanowila lista najwiekszych przebojow radia nadana przez niedziedzkiego w 20 rocznice listy . Dzieki niej uksztaltowal sie moj gust muzyczny .
pozdrawiam i czekam na wiecej notek
-
camparis
2008/06/19 10:02:42
To nie jest łatwe - wygrzebać spośród tylu dźwięków stację dla siebie. Mam to szczęście, że mieszkam we Wrocławiu - mieście radia RAM z niekomercyjną muzyką. Przez ostatni rok, to właśnie tutaj słyszałam porywające nowości jazzu czy bluesa, skutkujące kupieniem płyty. Nigdy wcześniej mi się to nie zdarzyło. Cieszę się, że promują młodych polskich twórców i puszczają ich kompletnie niekomercyjne utwory na swoich falach. Można ich posłuchać w necie - polecam.

Od czasu do czasu słucham też radia TOK FM. Nie zawsze podoba mi się ich publicystyka, ale jest to chyba jedyne polskie radio, gdzie prowadzone są rozmowy na każdy temat. Co środę o 21 jest rozmowa z seksuologiem i zupełnie bezpruderyjne rozmowy o seksie! Tak! W Polsce, chociaż wydaje się to niemożliwe. :)
-
froasia
2008/06/19 11:12:47
Niestety nie mogę się pozachwycać z Tobą, bo nie są dostepni w Internecie ... może kiedyś ;) Ale świetnie rozumiem Twoje trójkowe klimaty, też je miałam, zresztą ... kto ich nie miał. Trójka wychowała muzycznie całe pokolenia Polaków, chyba nie jesteśmy w stanie tego jeszcze docenić, może kiedyś, kiedy zobaczymy co wyrośnie ze słuchaczy takiego np. RMFu ;) A co do istnienia niekomercyjnego radia w Polsce ... mam wrażenie, że to jest kwestia jeszcze kilku lat, osiągnięcia pewnego poziomu dojrzałości.
-
2008/06/19 14:40:38
froasia, alez SA dostepni w internecie! po lewej stronie strony glownej jest pasek 'listen live'. probowalas?
-
froasia
2008/06/24 16:00:56
Ojej, faktycznie, kompletnie tego nie zauważyłam. Trochę puszka i gubimy łączność od czasu do czasu, ale coś tam słuchać ;) Dzięki !
-
Gość: Aga NY, *.dyn.optonline.net
2008/06/30 16:53:36
Hey, ja tez jestem od wielu lat wielka fanka WNYC, i czytalam z przyjemnoscia Twoje wspominki o Trojce. Ech, to byly czasy:)