Share on Facebook

Instagram
Blog > Komentarze do wpisu
Odgrzewane kotlety, 5: Eileen, czyli o nadprodukcji sztuki
Eileen (lat 53, długie białe włosy, płonące czarne oczy, figura 25-latki) poznaliśmy, jak to bywa, przypadkiem. Przyuważyła mnie w gymie, kiedy obijałam się bez cienia wstydu: na kolanach - otwarty ostatni numer Film Comment; na maszynie - dwa śmiechu warte ciężarki o łącznej masie 20 funtów. - Tylko tyle podniesiesz? Eee, bez żartów. Na pewno możesz więcej - rzuciła z przekąsem. A kiedy, zmobilizowana jej uwagą, dorzuciłam więcej obciążenia i zaczęłam wreszcie ćwiczyć, Eileen przekartkowała mój magazyn i zapytała: - Fajny ten artykuł o Hitchcocku? Sapiąc jak parowóz, wygłosiłam kilka zdań na temat wspomnianej publikacji. Zamierzałam podtrzymać konwersację, choćbym miała to okupić zadyszką i zakwasami: w końcu nie codzień zdarza się w dzisiejszej ciemnej epoce spotkać kogoś poważnie traktującego ideał kalokagathii.

Jakkolwiek bezbrzeżny byłby ów szacunek do starogreckiego ideału, faktem jest, że przez całe lato 2002 roku spalałyśmy nadmiar kalorii głownie przez... kłapanie paszczękami. Eileen okazała się skarbnicą wiedzy o klasycznym amerykańskim kinie i literaturze - a przy tym dowcipną i zajmującą rozmówczynią. Okazała się również dość typową przedstawicielką nowojorskiego światka... ehem... artystycznego. W swojej karierze zawodowej zajmowała się przeróżnymi rzeczami: była prawnikiem pro bono, nauczycielką, zawodową aktywistką... a teraz postanowiła postawić na sztukę. Równie regularnie jak na siłowni bywała w swojej wynajętej pracowni, gdzie po nocach przygotowywała prace na kolejne wystawy.

Wybraliśmy się na wernisaż jednej z tych wystaw, do jednej z dość znanych galerii na Williamsburgu. Przybyłam, zobaczyłam... no i niestety - okazało się, że dzieła Eileen są dużo mniej udane niż jej osoba. Zbyt ją lubię, żeby otwarcie krytykować jej prace. Zastosowałam więc wybieg, podpatrzony u amerykańskich turystek, odwiedzających muzeum, w którym kiedyś pracowałam. Amerykanki owe nigdy niczego nie krytykowały, jak by nie było paskudne: przekrzywiały lekko głowy, jak papużki na drążku, i cedziły przez zęby ze słodkim uśmiechem: Oh, this is VERY interesting!

Bałam się całkiem poważnie, ze Eileen jest zbyt cwana, by się na to nabrać - ale nabrała się. To dobrze: nie lubię kłamać, ale szkoda było by stracić taka fajną znajomą. Niemniej wstrząsnęło mną nieco, że nasza przyjaciółka przyczynia się do zatrważającego - i przybierającego na sile - zjawiska: nadprodukcji sztuki.

Nowy Jork jest wszechświatową stolicą wielu rzeczy - między nimi, niestety, również sztuki nowoczesnej. Piszę "niestety" - gdyż, mając na koncie kilkuletnią karierę w charakterze urzędnika sztuki, zdążyłam dojść do wniosku, że - jak wiele dziedzin kapitalistycznej gospodarki - sztuka wypluwa z siebie nieprawdopodobną ilość bubli. Bubli, które nikogo (prócz autorów) nie obchodzą, nie budzą żadnych emocji, a zajmują masę miejsca. Kiedy od czasu do czasu zwiedzam galerie Chelsea, SoHo czy brooklyńskiego Williamsburga, wzbiera we przeczucie, że kiedyś ta kupa artystycznego złomu wyleje się z przepełnionych galeryjnych pomieszczeń, zatarasuje ulice... a potem zasypie Hudson River i zamieni Manhattan w półwysep. Przebóg, przecież te wszystkie dzieła uczynione są z syntetycznych żywic i silikonów, nieblaknących akryli, wiecznotrwałych brązów i żeliw - choćby wyrzucone na śmietnik, przez miliony lat się nie rozłożą! Całkiem poważnie - czasem zaczynam się obawiać, że to miasto, odporne na katastrofy naturalne i nienaturalne, dające przez tyle lat odpór pożarom, powodziom, huraganom - zginie na skutek nadmiernej kreatywności swoich obywateli.

Czy to znaczy, że należy reglamentować produkcję sztuki? Wyznaczyć kontyngenty, limitować podaż, niszczyć nadmiar? Broń Boże. Mam lepszy pomysł. Podsunęła mi go niechcący ta sama Eileen, której prace przywiodły mnie do smutnych rozmyślań nad nadmiarem sztuki. A było to tak:

Po którejś z wystaw (z wernisażu której nie udało nam się elegancko wyłgać), Eileen zadzwoniła do mnie rozpromieniona. - Sprzedałam dwie prace! - zakrzyknęła. Całkiem szczerze pogratulowałam, i z autentycznym zainteresowaniem zaczęłam dopytywać się, które to prace - i kto je kupił. Okazało się, że dwie tkaninorzeźby naszej przyjaciółki - z których atrakcyjniejsza wyglądała jak wiekowa patchworkowa narzuta, której ubzdurało się, że jest osiołkiem - nabyte zostały przez jakiegoś przyjezdnego krezusa z Dallas. Rzeczony krezus zwiedzał wystawę ze swoją kilkuletnią latoroślą, i nabył dzieła z podszeptu owej latorośli właśnie.

Jak usłyszałam tę historię, przyszło mi do głowy, że najlepiej byłoby dla wszystkich, żeby sztukę współczesną przekwalifikować: z zabawek dla dzieci od lat 35 na zabawki dla dzieci od lat 5. Przeniesienie obrotu sztuką z kosztownych wnętrz galeryjnych do, na przykład, oddziałów sieci sklepów TOYS 'R' US korzystnie wpłynęłoby na poziom cen, a więc i na i obrót... A ponieważ wrodzona ciekawość milusińskich sprawia, iż każdą zabawkę i tak rozłożą na części pierwsze - te zaś rozniosą na cztery wiatry - widmo utonięcia w sztuce przestałoby nam zagrażać.

wtorek, 12 lutego 2008, bigapple1

Polecane wpisy

  • Odgrzewane kotlety, 9:Uptown

    Dla niektórych ten kawałek miasta, powyżej 42. Ulicy po obydwu stronach parku, to esencja Manhattanu—wiadomo, Time Square, Grand Central, Rockefeller Cent

  • Odgrzewane kotlety, 8: Małe kina

    Gałczyński miał rację: nie ma jak małe kina, w rozterce i w udręce. Normal 0 MicrosoftInternetExplorer4 <!-- /* Font Definitions

  • Odgrzewane kotlety, 7: Sombunall

    Jeden z moich ulubionych Amerykanów, nieodżałowanej pamięci pisarz Robert Anton Wilson w którejś ze swoich książek boleje nad faktem, że przy całej elastycznośc

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
joe255
2008/02/12 17:17:34
w ogóle im ogrzeanie nie zaszkodziło, wiesz? :-))))
Nie widzę nic złego w tej nadprodukcji- owszem- że trudno trafić na "diament'? No trudno :-)
-
jezw
2008/02/12 19:52:34
kiedys znajomy grafik, przesympatyczny koles, zaprosil mnie na koncert swojego zespolu. grali muzyke konkretna i bylo sporo potrzasanie blacha i tym podobnych. niestety, nudne. po koncercie podszedl spytac jak mi sie podobalo a ja mu szczerze, ze nie. poszarzal, biedak, na twarzy i kontakt nam sie urwal. ale co robic w takich sytuacjach?
-
2008/02/13 04:51:24
joe, to dobrze, ze smakuja, bo mimo stosu pomyslow i dobrych checi nie dam rady napisac nic nowego przez najblizszy tydzien :)) a co do nadprodukcji, to problem zaczyna sie tam, gdzie ow nadmar rzeczy "cieakwych" zajmuje tyle miejsca, ze nie wystarcza go dla naprawde wartosciowych...

jezu, bardzo mi cie szkoda... moz enastepnym razem sprobuj byc dyplomatyczny ipowiedz cos neiwyraznego, ze 'interesujace'? :)
-
tierralatina
2008/02/13 05:57:20
Nadprodukcja sztuki dotyka niestety nie tylko Nowy Jork... Europa, Azja i w troche mniejszym stopniu tez Ameryka Lacinska tez sa nia dotkniete... Generalnie chyba im bogatszy kraj, tym zjawisko bardziej widoczne.
-
2008/02/13 08:53:31
a ten dzien juz jutro? :)
sztuka zawodowa. artysta - fabryka, wypluwa z siebie produkty... i trudno nazwac to bublem nawet, bo przeciez przykladaja sie... ;) moze kiedys ktos doceni?
i tak uwazam, ze to o niebo lepsze niz siedziec na tylku i nic nie robic ;)
-
aniabuzuk
2008/02/13 17:14:19
Cos takiego zdarzylo mi ostatnio, gdy bylam na wystawie prac kolegi. Matko swieta, jak zobaczylam na jednym z obrazow Chrystusa przytwierdzonego do ciezarkowki holujacej samochody, broczaca krew i jakies napisy, ktorych juz nie pamietam, to szybko rzucilam "to ja ide poszukac czegos do jedzenia" i zmylam sie. Straszne bohomazy.
-
spocit
2008/02/14 23:16:54
A kto sponsoruje takie wystawy? Skoro prawie nikt tego nie kupuje to na pewno dochodu to nie przynosi?
-
2008/02/15 05:30:29
spocit, nikt nie musi ich sponsorowac, to jest wlasniepieknow wolnorynkowego kapitalizmu - wystraczy jeden popapraniec z duza kasa, ktory wylozy odpowiednio sluszna kwote za jedna czy dwie prace, zeby interes sie krecil... a tymczasem podatnicy nie maja powodow do narzekania,z e to za ich pieniadze taki szajs. i wszyscy jakos przedziwnie sa zadowoleni!
-
2008/02/15 19:21:57
Mam dokładnie takie same odczucia - nadprodukcja sztuki - malarstwo, rzeźba to pół biedy, ale ilu muzyków ( kilku znam ) produkuje coś o czym myśli, że jest sztuką tzw. wysoką i jest wręcz oburzonych tym, że ludzie tego nie chwytają ( wł., że się nie sprzedaje ). Druga ciekawa rzecz to obrzydzenie "normalną" pracą ( i w dużej części ludźmi ją wykonującym )u ludzi uznających się za artystów. Ostatnio koleżka powiedziała mi, że już dwa lata pracowała dla "Babilonu" i już nie zamierza tak jak my pracować dla kapitalistycznych wyzyskiwaczy ( którzy jakby na to nie patrzeć za tą babilońską forsę dają artystyczną niekapitalistyczną wolność twórcom – niezła hipokryzja )- jedzie na wieś i chce kierować tam klubem muzycznym i robić próby etc.( muzycznie udziela się już od lat, ale nie może się przebić bo jest po prostu przeciętna - moim zdaniem ). Należy rozwijać się artystycznie, ale czasami kiedy rozmawiam z "ludźmi sztuki" mam wrażenie, że uznają siebie za ludzi lepszych, za tych co odkryli coś co „zwykłemu śmiertelnikowi” jest niedostępne, a nawet czasami odbierających swoich fanów za ludzi ograniczonych, których należy pouczać. Różni są ludzie jak różni są artyści, ale to przekonanie niektórych, że tylko artyści rozumieją i odkrywają sztukę po prostu mnie śmieszy. Ten brak szacunku dla odbiorcy jest przecież pośrednio umniejszaniem wartości swojej sztuki.
-
spocit
2008/02/18 01:20:50
To ja widzę dużą przewagę tych amerykańskich "popaprańców" nad ich europejskimi wcale nie lepszymi kolegami. Chcącemu nie dzieje się krzywda, przytomny człowiek po prostu tam nie wchodzi, a przy okazji nie musi sie denerwować, że to sponsoruje,
-
2008/02/18 09:28:35
Dobry pomysł.