Share on Facebook

Instagram
Blog > Komentarze do wpisu
Opowiadania na czas przeprowadzki, 6 - Die Kreuzersonate, czyli wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej
Rok minął, odkąd tu jestem. Prawie wszystko odmienione: inny adres, inny pociąg rano, inne miejsce pracy, inne meble i inny zapach po otwarciu wejściowych drzwi. By poczuć się bardziej u siebie wśród tylu nowości, oswoiłam najpierw właściciela - a potem sklepikarza, który co rano sprzedaje mi kawę, i pralnię, i sąsiadów z dołu. Oswoiłam stację metra, i to tak uważnie, że teraz zawsze wiem, do którego wagonu wsiadać, aby było najbliżej. Także koreański warzywniak i sklep żelazny na rogu owinęłam sobie wokół palca. Oswoiłam chińską żarłodajnię, w której — gdy dzwonię z zamówieniem — poznają mnie po głosie. Odkryłam miejsce, gdzie (mimo, że ludek w okolicy porządny jest aż do przesady) nikt nigdy nie zamiata, więc o tej porze roku można po kostki brodzić w suchych, zwiniętych jak papier liści, pachnących jesienią. Odkryłam magiczny dom z piernika, do którego teraz prowadzam na spacery odwiedzających przyjaciół i pokazuję tę nieprawdopobnie piękną, niesamowitą budowlę jakby wszystko to - cudne obłe gzymsy, okiennice z ołowianymi szybkami, ściany z szarego łupka i złoty buk przed domem - należało do mnie, a nie do bliżej nie znanej pary prawników czy dentystów.

Głosy tych szczęściarzy, mieszkających w Gingerbread House, dobiegające z przydomowego ogrodu w letnie wieczory — gdy wszyscy w okolicy grilują i przesiadują wśród tej odrobiny zieleni, którą mają na własność — nie budzą zazdrości: raczej radość, że to możliwe, że komuś na jawie naprawdę zdarza się być właścicielem domu z bajki.

Ja za to jestem właścicielką okna z widokiem na most, oświetlony nocą lampkami jak choinowe światełka. Mam też ulubione miejsce na pobliskim molo, z którego widać Manhattan i Brooklyn i nawet Lady Liberty w kanciastej koronie. Mam ulubione danie w ulubionej knajpie, ulubiony rodzaj canoli we włoskiej cukierni. Mam też wreszcie czas, by czytać, gdy jadę do miasta — bo trochę stąd jednak daleko.

Jeżdżę do Midtown jak do obcego kraju, dotąd nie opisanego na mej prywatnej mapie. Chodzę tu szybciej i rozglądam się jak nietutejsza. Uczę się szczegółów jak nowych słówek . Szukam miejsca dla siebie w ulicznych spacerach, lawirując gdzieś pomiędzy eleganckimi menadżerkami na nieprawdopodobnie wysokich obcasach i urzędnikami średniego szczebla, wylegającymi w południe na lunch zawsze w grupach - ich białe i jasnobłękitne koszule, zbite w małe gromadki, wyglądają jak małe cumulusy, przepływające w poprzek Piątej. Gdzieś tu jest moje miejsce, o którym pewnie nawet nie wiem, że jest moje, między żebrakiem spod sklepu Sachsa i jego dwoma kotami a reporterką ABC NEWS przeprowadzająca sondę uliczną, między wariatem z żabą na głowie i Paulem Wolfowitzem, nadaremnie próbującym odsłuchać wiadomość z poczty głosowej pośrodku popołudniowego pandemonium oszalałych klaksonów i ciasno upchniętych zderzaków na Fifty-second Street. Między budynkiem MoMA i stłoczonymi ciasno wózkami ulicznych sprzedawców gyrosów, między dzwonkami Armii Zbawienia i rykiem strażackich syren próbuję znów się poczuć u siebie — mimo, że serce rwie się w dół miasta, do znanych ulic i dzielnic, gdzie wszystko jest bardziej na ludzką miarę. Tymczasem więc chodzę i patrzę, i odmierzam czas do świąt długością kolejki pod Radio City, gdzie tłum spragnionych widoku długonogich Rockettes co dnia coraz większy - i patrzę z okna narożnego biura mojej szefowej, niezmiennie zachwycona, na złote światła Madison Avenue, wijącej się jak złocisty wąż szesnaście pięter poniżej.

Wieczorem pociąg niesie mnie przez most coraz dalej od świateł Dolnego Manhattanu, na który zawsze muszę się pogapić—w poprzek ołowianej wody, w kamienne ramiona Brooklynu. Do domu, gdzie wciąż nie ma jeszcze obrazków na ścianach ani koronkowych serwet. Nie mam jeszcze tylu niezbędnych mebli - ławy, na której można by było posadzić wigilijnych gości, nocnych stoliczków pod sypialniane lampy — nawet kawowego stoliczka, bez którego, jak przekonują mnie przybywające coraz licznej do pocztowej skrzynki katalogi wnętrzarskie, współczesny living room nie jest nawet możliwy. Rok minął, a my tu ciągle trochę jakby na walizkach.

Nie mamy stoliczka. Mamy za to płytę, a na niej piękne nagranie Kreutzerowskiej. I kiedy za oknem noc i zimny wiatr hula, w ciepłym kręgu światła siadamy z butelką wina i meblujemy Beethovenem. I jesteśmy bez serwet i bez mebli, ale zasłuchani i szczęśliwi tak, jak bywa się tylko w domu. Zwłaszcza w tej magicznej minucie, gdzieś pod koniec pierwszego Presto, kiedy — wiem to na pewno — niewidzialni Argerich i Perlman uśmiechają się do siebie.

piątek, 16 listopada 2007, bigapple1

Polecane wpisy

  • Pavane for Dead Princess

    It is considered a minor, lesser kind of love, the one that wehave for our animals. Some may say it is but a fancy, born out of surpluscomfort, overabundance an

  • A Movie Night, the Night After

    Normal 0 false false false EN-GB X-NONE X-NONE

  • Parę słów o przeprowadzkach

    Ogromnie mi się podoba "przeprowadzkowy" cykl , kóry publikuje na swoim blogu Ania "Magamara" Ready - więc tym bardziej mi miło, że Autorka

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
jezw
2007/11/16 14:11:07
o rany, zeby tak wszedzie mozna bylo oswoic miejscowych ludzi! w budapeszcie mieszkam juz w jednym miejscu od paru lat i mimo, ze ludzi ci sami ich twarze sa wciaz tak samo kamienne. ciesze sie za ciebie ale i troszke zazdroszcze.
-
joe255
2007/11/16 20:28:06
gdzieś- między nutami ;-)

:-))) Ludzie są ważni.
-
froasia
2007/11/16 23:15:36
Wiesz, czekałam na Twój kolejny wpis 2 miesiące ... teraz wiem na co czekałam. Piękna notka. No i momentami przypomniały mi się wakacje ;))) Pozdrawiam gorąco w oczekiwaniu na następną ... może nieco szybciej?
-
2007/11/17 05:59:04
ludzie i miejsca, wazniejsi od stoliczka...
-
Gość: , *.chello.pl
2007/11/19 00:29:01
witam ponownie po dłuuugiej nieobecności. jakoś tak pusto się zrobiło na internecie bez tego gadania nowojorskiego. jestem pełen podziwu dla talentu opisywania miasta które nigdy nie śpi. tylko pozazdrościć, talenu jak i możliwości zycia tam za oceanem. az wracają odległe wspomnienia kilkudniowej wizyty w tym mieści i w głowie powstaje wizja miasta ze wspomnień, twojego opisu, kadrów z filmów i wyobrazni.

Pozdrawiam z prowincjonalnego 3miasta
A.
-
Gość: d-z-z, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2007/11/19 20:00:52
piękne, jak zawsze

oswajanie nowego miejsca, nowej okolicy, pamiętam to tak dobrze, choć przez 5 ostatnich lat w tym samym miejscu
-
pajeczaki
2007/11/20 21:05:01
mam teraz podobnie - chociaz tylko 4 mies po przeprowadzce. tez dalej od swiatel 'city', ale za to znacznie czesciej sie usmiecham :)
-
Gość: olaboga, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2007/11/21 01:19:43
mnie też czeka oswajanie - sielc, kopca czerniakowskiego, okolic ambasady korei pln, parku morskie oko. juz za kilka miesiecy, nie moge sie doczekac. czasem podjezdzam tam wieczorem samochodem, parkuje na rogu i podgladam ulice.

piernikowy domek sliczny:-) podobne ogladalam, chyba nawet z pania I. gdzies pod chicago, chyba w oak park.
-
Gość: tiptoptrans.pl, *.dynamic.gprs.plus.pl
2019/03/21 10:29:57
Wiadomo, że tak jest. Jaki ten wasz dom by nie był, to powroty do niego zawsze są bardzo miłym doświadczeniem.