Share on Facebook

Instagram
Blog > Komentarze do wpisu
God Bless You, Mr. Vonnegut
Dokładnie rok temu napisałam ten tekst, z dziwnym przeczuciem, że książki, o której mowa, nie powinno się przegapić. Jedno z takich przeczuć, które pojawiają się nie wiadomo skąd, a potem zimny dreszcz płynie po kręgosłupie na ich wspomnienie.

Taki dreszcz przebiegł mnie, kiedy tuż przed pólnocą zajrząłam, z nawyku, na internetową stronę NY Timesa i zobaczyłam na niej zdjęcie pochylonego nad maszyną dopisania kudłatego człowieka w okularach, z pooraną zmarszczkami twarzą. Dośc oschły komentarz, jaki opublikował NYT na pierwszą wiadomość o śmierci Kurta Vonneguta Juniora, w przeciągu godziny ustąpił miejsca przekonanym o włąsnej błyskotliwośc Elegiom Na Śmierć Wielkeigo Pisarza.

Pisarza, którego ostatnią książkę zbyt wielu zignorowało.

Pisarza, który jak nikt inny próbował nas nauczyć, ze zycie to zbyt powazna sprawa, by o nim powaznie rozmawiać.

Pisarza, którego kudłatej głowy nie zobaczy się już wśród innych głów na Broadwayu.

So it goes.
Lub, jak wolicie, Zdarza się.


*

Czym są Alpy dla narciarzy, a Karaiby dla pasjonatów nurkowania - tym Nowy Jork jest dla miłośników typowo wielkomiejskiego sportu, zwanego z angielska celebrity spotting. Miasto, które swoją niespokojną, nieujarzmioną energią przyciąga jak magnes najbogatszych, najpiękniejszych, najbardziej utalentowanych ludzi z całego świata jest niemal od początku swego istnienia prawdziwą Mekką dla wszystkich tych uzbrojonych w odrobinę spostrzegawczości i cierpliwości przeciętniaków, którzy chcieliby choćby przez chwilę otrzeć się o świat milionerów i gwiazd filmowych. Gdzie indziej na świecie można bowiem w biły dzień zderzyć się na 57 Ulicy z obładowaną butikowymi torbami niewiastą i skonstatować, że owa wielbicielka włoskich projektantów to Meryl Streep? Albo z brzydką, ledwie skrywaną Shadenfreude taksować wyjątkowo fatalny makijaż napotkanej w sklepie Courtney Love? Albo z roztargnieniem przepraszać popchniętego przypadkiem na ulicy przechodnia, który po bliższym oglądzie okazuje się Donaldem Sutherlandem? Gdzie wreszcie znajdą się chętni, by przez długie tygodnie cierpliwie starać się o rezerwację w drogiej knajpie, po to tylko, by nasycić się nie tyle drogim i przeciętnym w smaku sushi, co widokiem znanych projektantów, aktorów i milionerów, pałaszujących sashimi przy sąsiednich stolikach? Nie brakuje takich, którzy uważają, celebrity spotting - ową bezkrwawą, wielkomiejską formę safari - za niską rozrywkę, interesującą jedynie dla spragnionych atrakcji turystów i snobów, niezdolnych w inny sposób nadać swojej miałkiej egzystencji choćby pozoru wyjątkowości. Jednak w Nowym Jorku gapienie się na pięknych i bogatych ma sobie coś niewinnego i naturalnego: cóż bowiem może być złego w podziwianiu pięknych ludzkich stworzeń w ich naturalnym środowisku? Co więcej - czasami ta uliczna, zwyczajna bliskość sław dodaje skrzydeł tym, którzy w takich mimowolnych spotkaniach widzą szansę na to, by kiedyś może dzielić z przypadkowo napotkanymi znakomitościami pierwsze strony gazet - tak, jak dziś dzielą nowojorski chodnik. Jeśli bowiem możliwe są takie niespodziewane tete-a-tete z przybyszami ze świata splendoru i sławy - może wszystko jest możliwe?

Czasem opowieści związane z celebrity spotting przybierają na wpół fantastyczną, gawędziarską formę - dobrze znaną wszystkim, którym zdarzyło się słuchać opowieści namiętnych wędkarzy o taaaakich rybach, co jakoś niefortunnie zawsze w ostatniej chwili urywają się z haczyka. Tak zapewne zabrzmi także moja historia: oto pewnego grudniowego wieczoru, na przyjęciu, na które trafiłam niemal przypadkiem, zdarzyło mi się dzielić miejsce na antycznej sofie z pewnym gentlemanem. Starszy pan, którego twarz była w połowie skryta za szopą siwych loków i wielkimi okularami, mówił półgłosem, uprzejmie włączając się od czasu do czasu w na wpół nieważną wymianę zdań na temat smaku polinezyjskich przekąsek, zaserwowanych przez gospodarzy, oraz w rozmowę o trudnościach wychowania dzieci w XXI wieku, w jakiej uczestniczyli wszyscy okupujący wspomnianą rozłożystą zabytkową kanapę. Po niedługim czasie pożegnał się i wyszedł. Nie było błyskających fleszów, autografów, zbitej ciżby wielbicieli - co w owym momencie wydawało się naturalne: ot, miły staruszek wychodzi z kameralnego przyjęcia. I dopiero dobrą chwilę po tym, jak za siwym panem zamknęły się drzwi, ktoś oświecił mnie i wyjaśnił, dlaczego szczupła twarz skryta za błyszczącymi szkłami wydawała się tak dziwnie znajoma - a wtedy moje serce namiętnego kolekcjonera historii o interesujących ludziach zawyło z bólu. Owym miłym panem, koło którego przesiedziałam kawałek wieczoru, był sam Kurt Vonnegut Junior.

Przypomniałam sobie ostatnio tę historię, kiedy zdejmowałam z księgarnianej półki mały tomik - najnowszą, i wedle wszelkiego prawdopodobieństwa ostatnią książkę Vonneguta, zatytułowaną Man Without a Country. W sześć lat po publikacji God Bless You, Dr. Kervokian pisarz złamał solennie brzmiącą obietnicę ostatecznego rozstania z literaturą i podarował czytelnikom tom skromny, za to jak zawsze błyskotliwy - ale bardziej niż wszystkie dotychczasowe osobisty i gorzki. Wydana pod koniec zeszłego roku książka jest poniekąd literackim testamentem starego mędrca: zbliżającego się do nieuchronnego końca swojej życiowej drogi twórcy, który - obserwując swój pogrążający się w szaleństwie ojczysty kraj i chodząc na pogrzeby ostatnich wymierających przyjaciół - czuje się zmuszony przyznać do (przynajmniej częściowej) klęski wszystkiego, w co jako człowiek i jako pisarz wierzył. Szczególnie zaś - zakwestionować uniwersalną użyteczność swego ulubionego oręża, humoru, w walce z bezsensem i okrucieństwem świata. W pewnym momencie Vonnegut pisze: Być może nie jestem już w stanie żartować - żart nie jest już satysfakcjonujących mechanizmem obronnym. Niektórzy ludzie są zabawni, inni nie. Ja kiedyś byłem zabawny, i może już nie jestem. Było już chyba tyle wstrząsów i rozczarowań, że humor po prostu przestał działać. Możliwe, że zrobiłem się marudny, bo widziałem dość rzeczy, które mnie tak obrażały, że nie potrafię już radzić sobie z nimi poprzez śmiech.

Jest jednak coś po vonnegutowsku przewrotnego w wyznaniu, które pada pod koniec niesamowicie zabawnej, choć gorzkiej książki: ląduje ono bowiem gdzieś między składanką wątków i stylów doskonale znaną miłośnikom twórczości autora Rzeźni nr 5. Gdzieś między autoironiczną opowieścią o cichej , namiętnej miłości do kasjerki z pocztowego okienka na 48 Ulicy, skąd Vonnegut wysyła swoje rękopisy do przepisania maszynistce - i poruszającą, choć żartobliwie ujętą opowieścią o nieznanym bohaterze i dobroczyńcy ludzkości, Austriaku Ignazu Semmelweissie; pyszną kpiną z amerykańskich neokonserwatystów - i nie do końca serio wygłoszona pochwałą muzyki jako oczywistego nawet dla zatwardziałego ateusza dowodu na boską obecność. Wreszcie zaś, zaledwie paręnaście stron za epigramem, który mógłby posłużyć za piękne i pełne nadziei epitafium dla każdego prawdziwego humanisty: Gdyby Chrystus nigdy nie wygłosił Kazania na Górze, z jego przesłaniem miłosierdzia i współczucia - nie miałbym powodów, by chcieć być człowiekiem; równie dobrze mógłbym być grzechotnikiem.

Zamykam przeczytaną jednym tchem książkę - na której tylniej okładce, na zdjęciu wykonanym przez żonę pisarza, odwrócony tyłem do widza Kurt Vonnegut Jr. stoi na plaży, twarzą do oceanu: stary człowiek bez ojczyzny i błękitne morze, zapatrzeni w siebie nawzajem - i myślę, że nie żal mi już tak bardzo tamtego wieczoru, kiedy siedziałam, w błogiej nieświadomości, o kilka cali od jednego z najwybitniejszych pisarzy amerykańskich i o nic sensownego nie miałam śmiałości zapytać. Wszystkie odpowiedzi, wszystkie najskrytsze myśli i najbardziej zaskakujące wyznania, jakich można oczekiwać od człowieka i od artysty, znalazły się właśnie w tej książce. Zaś uroki celebrity spotting, te magiczne chwile na kanapach i na nowojorskich chodnikach, w restauracjach i w metrze, kiedy udaje się ocierać się o artystów w ich codziennej fizyczności - przydają się po to tylko, by odkryć, że ukryta, rzadko ubierana w słowa prawda czyjegoś życia i elokwentna prawda literatury czasem wcale nie leżą daleko od siebie.


[*]

piątek, 13 kwietnia 2007, bigapple1

Polecane wpisy

  • Pavane for Dead Princess

    It is considered a minor, lesser kind of love, the one that wehave for our animals. Some may say it is but a fancy, born out of surpluscomfort, overabundance an

  • A Movie Night, the Night After

    Normal 0 false false false EN-GB X-NONE X-NONE

  • Parę słów o przeprowadzkach

    Ogromnie mi się podoba "przeprowadzkowy" cykl , kóry publikuje na swoim blogu Ania "Magamara" Ready - więc tym bardziej mi miło, że Autorka

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2007/04/13 04:00:37
zdarza sie...
-
2007/04/13 20:41:56
Chciałabym żebyś pojawiała się częściej, nie tylko w takich chwilach.
-
joe255
2007/04/15 23:10:32
był dla mnie bardzo ważnym i bliskim pisarzem
-
Gość: , *.nycmny.east.verizon.net
2007/04/20 06:18:58
Ha! do dzis mam wydanie sniadania mistrzow z '77
a teraz otworzylam te drzwi mojemu synowi i juz zalapal i juz czyta i ja przy okazji wracam do przeczytanych juz ksiazek i to teraz w oryginale
no i wciaz sa swieze,smieszne i smutne.
-
2007/05/02 20:34:07
Takie odejścia osamotniają. I uczą, że świat widzialny to ludzie, nieznajomi, którym się ufa, których język rozumiem. A poza tą garstką być może obca planeta.