Share on Facebook

Instagram
Blog > Komentarze do wpisu
Odgrzewane kotlety, 2 - California Dreamin'

Tym razem dla Malkontentki i biskupa Berkeleya, i z powodu szarosci za oknem, i dlatego, że zbliza sie Święto Dziękczynienia, z powodu którego wielu z nas tu, w Stanach, będzie miało powód, by odwiedzić jakieś lotnisko...

***

To prawda: to Miasto wciąga i trzyma w miejscu, jak bagno. Mimo pozoru nieustannego ruchu zakotwicza w jednym punkcie, na małej powierzchni Ale jak się przed tym bronić, skoro każdy wyjazd stąd jest jak wyjście z sali kinowej w najbardziej pasjonującym momencie filmu? Wyjeżdżając-wychodząc ma się tę potworną, dręczącą świadomość straty, nieuchronnego i niepowstrzymanego upływu chwil, które – raz utracone – są już nie do odzyskania. W miejscu, w którym nic nie trwa, wszystko zmienia się nieustannie i niepostrzeżenie, nie ma usprawiedliwionych nieobecności. Nic więc dziwnego, że nie lubię wyjeżdżać, jakkolwiek egzotyczny i obiecujący byłby prospekt miejsca przeznaczenia; a jednak mimo boleści rozstania z moja przybraną mała ojczyzną - bardzo, bardzo lubię lotnisko JFK.

Ludzie na lotniskach są tacy odmienieni: zwłaszcza ci z dużymi walizkami: podróżni, na twarzach których wypisano Wielką Zmianę. Ci przenoszą się najpewniej z jednego miejsca w inne, rozpoczynają nowy rozdział w życiu. Są niepewni i zdenerwowani, dziesięć razy sprawdzają paszporty i bilety. To na nich najczęściej polują zawodowi nawracacze i kieszonkowcy – ci, którzy pragną ukraść im portfel lub dusze, niecnie wykorzystać przedziwny stan umysłu, jaki zwykle towarzyszy dalekiej podróży. Zaprawdę, tylko ci, co odbyli naprawdę dalekie wojaże, wiążące się z perspektywą nazwania kiedyś domem nowego, dziś całkiem obcego i nieznanego miejsca, wiedzą, na czym polega mistyka podróży. Oni właśnie rozumieją najlepiej, że nie dystans nawet jest ważny, ale metafora - rytuał przejścia i zmiany. To dla nich i o nich pisał Celine: Bardzo przyjemnie jest podróżować, to wprawia w ruch wyobraźnię. Reszta to tylko rozczarowanie i mordęga.

O tym myślę, kiedy wielka, czarna limuzyna Lincoln Towncar, którą przysłała nam firma taksówkowa, wślizguje się z niespodziewaną lekkością na wiadukt, prowadzący do terminali lotniska. Ich wielkość i ogrom odległości, jaka je dzieli, każe medytować nad naturą przeznaczenia. Co by się stało, jeśli ten gentleman, spieszący z niewielką walizką na terminal United Airlines z zamiarem zabrania się z najbliższym lotem do Atlanty, wpadłby jakimś cudem na z dawna przeznaczoną mu przez los drobna kobietę w słomkowym kapeluszu, którą właśnie odbiera swój plecak z karuzeli nr 4 na sąsiednim terminalu, na który – po udanej przeprawie z urzędnikami imigracyjnymi – wypluł ją samolot Alitalia, przybywający po wielogodzinnej podróży z Palermo? Co by było, gdyby ta osóbka - której szerokie ramiona widzę tuż przede mną, idąc w kierunku naszej bramki – gdyby więc ta młoda osoba, gadająca przez komórkę do ostatniej chwili przed wkroczeniem na pokład samolotu linii JetBlue do Miami, skrzyżowała na moment spojrzenia z latynoskiej urody urzędnikiem służb ochrony lotniska, powoli i cierpliwie – choć bez wyraźnych sukcesów - tłumaczącym jakiejś najwyraźniej nie rozumiejącej słowa po angielsku kobiecinie, że aby pomyślnie przejść odprawę, musi zdjąć buty i położyć je na taśmie transportera? Co mogłoby wyniknąc z nagłych, przypadkowych spotkań ludzi, wprawionych w niezwykły nastrój przez lotniskowy trans podróży? Na lotniskach wszystko jest możliwe. Zwłaszcza na takich wielkich, onieśmielających lotniskach jak JFK, gdzie nawet jak na nowojorskie warunki panuje nerwowość i pośpiech. Tu także widuję się ludzi, jakich nie spotka się później na ulicach – dziwnych, niezwykle masywnych i krągłych, bladych ludzi, mówiących z akcentem stanów Środkowego Zachodu. Jak to się dzieje, że praktycznie nikt z tych mężczyzn i kobiet, tłoczących się przy bufetach z kanapkami, w toaletach, przy karuzelach i stanowiskach odprawy nie dotknie nigdy stopa bruku Broadwayu – pozostaje jedną z niezbadanych tajemnic tego dziwacznego miejsca, rządzącego się własnymi, niepojętymi prawami.

Dla nas tymczasem zaczyna się najbardziej emocjonujący etap tego dnia. Odprawa zakończona, z głośników płynie kojąca muzyka (Sting śpiewa o tym, że z każdym oddechem, i tak dalej) - i teraz nic już nie stoi między mną a przeznaczonym mi na najbliższe sześć godzin miejscem, tuż przy końcu kadłuba Airbusa A320, który ma zanieść R. i mnie do miejsca przeznaczenia. Zapadam w fotel i czekam cierpliwie, aż ta rozpędzona masa żelastwa osiągnie pułap dość wysoki, by z tej wysokości spojrzeć jeszcze raz na błękitniejący w dole daleki zarys Manhattanu, małe domki i plaże Rockaway, wreszcie – błękitne wody otwartego oceanu. Zamykam oczy i zanim wiem, co się dzieje – zasypiam.

A potem śnię. Śnię przez całe sześć dni: śni mi się białe miasto na wzgórzach, do którego prowadzi sieć szerokich, zalanych słońcem dróg. Śni mi się czerwony jak toskańska dachówka most, a raczej duch mostu: wyłaniający się jak zjawa z mgieł nad Zatoką – przecudny, majestatyczny Golden Gate Bridge, każdy krok po którym jest jak wspinaczka po schodach do nieba. Śnię o kolibrach, spijających nektar z kwiatów o nieznanych imionach, porastających klomby ogrodu botanicznego. Śnią mi się piękne, stylizowane na hiszpański styl kolonialny domy Presidio, wpatrzone w wody Zatoki, porozsypywane na wzgórzu jak białe kostki z szlachetnego kamienia. I lwy morskie, porykujące dobrotliwie na pomostach przy Fisherman’s Wharf. I ogromne, pierzaste palmy wzdłuż Embarcadero, szumiące kojąco uwięzionym w ulicznym korku kierowcom. I ogromna tęczowa flaga nad Castro, wieszcząca wszem i wobec niepodległe królestwo bez żadnych granic. Śnię o zapachu wielkich drzew eukaliptusowych, szumiących w parku ponad aleją, przy które stoi Pięć Malowanych Dam. O białych marmurowych budynkach Berkeley, gdzie czas biegnie zupełnie, zupełnie inaczej. O grafitti na ścianach Height Ashbury i o koronkowych, wiktoriańskich fasadach domów North Beach. O sterczącej bezczelnie w górę jak biały obelisk wieża na szczycie Telegraph Hill. O dwujęzycznych tablicach z nazwami ulic w Chinatown, które codzień wygląda tak, jak nowojorskie w chiński Nowy Rok. Śnię o szumie fal Pacyfiku i szeleście krzewów winorośli na stokach Napa Valley, gdzie życie - płynące wśród willi w toskańskim stylu – wydaje się słodkie i krągłe jak gęsty, miodowy Riesling na dnie kieliszka, który trzymam w dłoni. Wszystko takie bliskie, pełne zdumiewających szczegółów, dotykalne, a jednak nierealne, aż chciałoby się uszczypnąć się i sprawdzić, czy to aby prawda. California dreamin’.

Kiedy otworzyłam oczy - była środa, późny wieczór, a z mroku w dole, spod gęstych, niskich chmur mrugało do mnie znowu moje Miasto. Kapitan informował o zbliżającym się lądowaniu na urytym w szarych chmurach JFK. A kiedy zamrugał do mnie biało z dołu malutki, ledwie widoczny w oddali Chrysler Building, pomyślałam, że nie żal mi tego snu, choć był taki piękny. Kanciaste i nerwowe, targane szaleńczym pośpiechem, nawet okrutne czasem – moje Miasto nie jest snem, jest prawdziwe. Czasem ciśnie jak kamyk w bucie – ale wiem, że naprawdę jest.

piątek, 17 listopada 2006, bigapple1

Polecane wpisy

  • Odgrzewane kotlety, 9:Uptown

    Dla niektórych ten kawałek miasta, powyżej 42. Ulicy po obydwu stronach parku, to esencja Manhattanu—wiadomo, Time Square, Grand Central, Rockefeller Cent

  • Odgrzewane kotlety, 8: Małe kina

    Gałczyński miał rację: nie ma jak małe kina, w rozterce i w udręce. Normal 0 MicrosoftInternetExplorer4 <!-- /* Font Definitions

  • Odgrzewane kotlety, 7: Sombunall

    Jeden z moich ulubionych Amerykanów, nieodżałowanej pamięci pisarz Robert Anton Wilson w którejś ze swoich książek boleje nad faktem, że przy całej elastycznośc

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2006/11/17 05:48:07
a dokad w tym roku?
-
2006/11/17 06:17:00
Wierzę, że ostatnie spedzone tam lata uważasz za najlepsze jakie Ci się przydarzyły. Naprawdę wierzę, naprawdę nie mam powodu, żeby nie wierzyć.
-
socjopatyczna_malkontentka
2006/11/17 11:58:21
Dziękuję w imieniu własnym i biskupa (co za pycha z mojej strony).
Nagel poczułam mrowienie, ten stan umysłu podróżnika, zwany Reisefiber (tak prostacko), zniecierpliwienie, oczekiwanie, strach, wspomnienia... tyle uczuć się kłębi w podróżniku.

A w Stanach, które od "Myflower" a może już wcześniej, bo kogóż tam nie gnało - ponoć Wikingów i Jana z Kolna, są właśnie synonimem podróżowania. Bo chociażby Wańkowicz: Atlantyk-Pacyfik. Zasiedziała w swoim grajdołku Europa (myśle o tej XIX-to wiecznej) wyjazd do wód i pokój z widokiem oraz Ameryka i Australia z koniem, siodłem, kocem i księzycem nad głową.
-
2006/11/19 13:06:10
wiesz co, podziwiam cię za to, że potrafisz ciągle pisac o tym samym i zawsze o czymś innym.
-
2006/11/19 23:43:23
lonelystar, w tym roku to najwyzej do sklepu crate & barrel na broadwayu: wszystkei dalsze podroze sa odwolane do czasu, kiedy w naszym nowym ogromnym mieszkaniu da sie wreszcie wygodnei mieszkac.

malkontentko, o mayflower bedzie pewnie w przyszlym tygodniu :) a co do ameryki, to jedna z takich rzeczy, ktore moim zdaniem warto zobaczyc przed smiercia...

zetidwazera - byles, widziales, wiec wiesz: nowy jork codziennie jest zupelnie inny.to bardzo ulatwia mi zadanie :)
-
Gość: jano, 83.19.63.*
2006/11/20 14:08:46
no, zajrzalas na west coast.. tylko tam zachodzi slonce nad oceanem, a to takie piekne. pozdrawiam i zaczytywam sie nadal.
-
2006/11/22 00:28:33
No właśnie - a jak z tą przeprowadzką w końcu było ?
-
2006/11/22 07:03:25
pohjois - no juz, no juz sie biore do roboty! :)